Get the flash player here: http://www.adobe.com/flashplayer
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzja. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 lutego 2015

Operowa kawa i wuzetka, czyli "Rycerskość wieśniacza" i "Pajace" premierowo w Teatrze Wielkim



1 lutego miałem okazję uczestniczyć w drugim spektaklu premierowym najświetniejszego chyba zestawu operowego wszech czasów. Teatr Wielki po raz kolejny postanowił zmierzyć się z legendą gorących jak południowe Włochy utworów autorstwa Pietra Mascagniego i Ruggiera Leoncavalla.

Dwie nowe odsłony za jednym razem - to nie zdarza się codziennie. Niewątpliwie są to opery wymagające dla interpretatorów i odtwórców, choć zróżnicowane pod względem rozkładu akcentów wyzwań. Cavalleria (wolę używać dźwięcznej włoskiej wersji tytułu, gdyż polska "Rycerskość..." jest równie subtelna, co pług orzący spaloną ziemię) jest bardziej muzyczna, duchowa, kiedy Pajace są teatralną areną solistów.

Dwie stosunkowo krótkie opery tradycyjnie wystawiane są razem, choć sami twórcy jakoś nie mogli się z tym pogodzić. Cavalleria rusticana, która rozpoczynała wieczór, jest uważana za pierwszą operę werystyczną, ze względu na fakt porzucenia motywów symbolicznych na rzecz dosadnego naturalizmu, problemów prawdziwego człowieka. Zgodnie z tym właśnie nurtem miejscem akcji jest wieś na gorącej Sycylii. Nie mam zamiaru skupiać się w tym tekście na libretcie żadnego z dzieł, gdyż historie operowe praktycznie zawsze są szczątkowym skryptem dla całego wachlarza możliwych interpretacji i doświadczeń poza przedstawianymi wydarzeniami i pozostają niezmienione od lat - każdy je poznał, lub może poznać i zrozumieć w ciągu paru minut.

Solą każdej opery, w konsekwencji także recenzji, jest to co zostało do bazowej historii dołożone oryginalnie i w interpretacji na pożytek nasz - słuchaczy i widzów.

Czym jest Cavalleria rusticana dla człowieka z XXI wieku? Pierwszy raz z dziełem Mascagniego zetknąłem się wcale nie w teatrze, a przed telewizorem. Nie oglądałem wtedy jednak żadnego z zapisów spektaklu a... Ojca Chrzestnego. Trzecia część zawsze uważana była za tą gorszą, nakręcona po kilkunastu latach, była i jest dla wielu sporym rozczarowaniem. Ja jednak twierdzę, że zamknięcie słynnej trylogii Coppoli jest obrazem całkiem udanym, choć może właśnie przesadnie symbolicznym. Przy okazji recenzji spektaklu operowego wspominam ten film gangsterski nie bez powodu. Cavalleria jest przecież niezwykle ważnym elementem spajającym fabułę i estetykę Ojca Chrzestnego III. To właśnie w tym spektaklu swój debiut sceniczny zalicza syn Michaela Corleone -  w operze w Palermo, jakże by inaczej. Kulminacyjną scenę natomiast wypełniają dźwięki cudownego intermezza (odwołań do opery znajdziemy z resztą w tym filmie więcej). To co zaczęło się na Sycylii, również tam ma swój kres.

Poznańska premiera w reżyserii Leszka Mądzika nosi ewidentne wręcz znamiona silnego oddziaływania artysty. Wszystko jest na scenie zanurzone w odczuwaniu czasu i ziemi, spalonej ziemi jako substratu natury. Takie właśnie są doskonałe dekoracje, funkcjonalnie metaforyczne i monumentalne. Czas symbolizowany przez elementy dekoracji upływa na oczach widza, steruje losami bohaterów. Nie da się również nie zauważyć fascynacji reżysera stanami i siłą światła, które formuje akcję i koncentruje uwagę tworząc swoją samodzielną narrację. Wyróżnić w tym miejscu należy oczywiście również autorkę samej scenografii - Zofię De Ines. Imponujące sceny zbiorowe zyskiwały z kolei na konsekwencji kostiumowej czarnych matron o oliwkowej cerze. To trzeba zobaczyć.

Jak zawsze w przypadku Cavalerii cała widownia czeka na intermezzo - nie można było mieć zastrzeżeń do orkiestry kierowanej przez dyrektora artystycznego Teatru Wielkiego w Poznaniu Gabriela Chmurę. Cały czas jednak odnoszę wrażenie, że albo mój słuch uległ pogorszeniu, albo orkiestra w naszej operze jest po prostu zbyt mała, choć przecież sama sala również nie jest największa. Lubię głośniej.

Po stosunkowo długiej 40-minutowej przerwie przyszła pora na drugie danie. 

Pajace autorstwa Leoncavalla miały swoją premierę dwa lata po Cavalerii - w 1892 roku i były inspirowane jej siłą i wyrazistością. Libretto po raz kolejny wydaje się proste i to co najważniejsze wydaje się znajdować pod spodem, także w rysie charakteru samego autora dzieła. Dojrzewający w środowisku prawniczym, sądowym szybko odnalazł w sobie zamiłowanie do psychologii. Można to zauważyć doskonale w strukturze omawianego dzieła i postaciach bohaterów. Członkowie teatralnej trupy nieustannie zmagają się ze swoimi uczuciami, pragnieniami i powinnościami. Uwiera ich dystans, który tworzy się pomiędzy tym kim są naprawdę, a postawami których wymaga od nich otoczenie - także widownia. Mowa tu oczywiście o widowni na samej scenie, gdyż Pajace to spektakl w spektaklu.

Ten zewnętrzny spektakl, który miałem okazję oglądać, był rzeczywiście świetny, zaskakujący. Reżyser odważył się na uwspółcześnienie dzieła i dzięki temu anachronizm nieruchomych masek ustąpił pola współczesnej wizji offowego teatru. Postindustrialna otoczka magazynowa wygląda świetnie i jest dynamiczna, dekoracje zmieniają się w czasie rzeczywistym, co dodatkowo podkreśla staranne ich przygotowanie i głęboki rozmysł nad tą warstwą interpretacji. W parze za dekoracjami podążają świetne kostiumy. Na scenie jest bardzo hipstersko, tak jak trupa Leoncavalla wystawia na widok zewnętrzny wyłącznie lepsze wersje samych siebie, tak i widz ma wrażenie, że człowiek współczesny, nawet on sam jest aktorem wobec otaczającego go świata, sprzedając wszędzie swoje wyidealizowane oblicze - na Facebooku czy w CV.

Artyści wcielający się w rolę Cania, Tonia, Neddy czy Silvia również podołali wyzwaniu tak odświeżającej premiery. Wyróżniła się w roli Neddy i Colombiny piękna Anna Cymerman i jej piękny sopran. Z legendarną arią Vesti la giubba (słynne "Śmiej się pajacu...") poradził sobie natomiast dobrze Wojciech Sokolnicki, który tego wieczoru zmagał się z dwiema głównymi rolami, gdyż wcześniej wystąpił w Cavalerii jako Turridu.

Współczesna interpretacja nie dziwi, jeżeli spojrzymy na to jak młodzi ludzie byli zaangażowani w realizację poznańskich Pajaców. Reżyser Krzysztof Cicheński działa w założonym przez siebie niemal 10 lat temu Teatrze Automaton, jest również doktorantem UAM w katedrze Dramatu, Teatru i Widowisk. Scenografią zajęła się Magda Flisowska, studentka scenografii na UAP. Za kostiumy odpowiedzialna była natomiast Julia Kosek, studentka m.in. Psychologii, również na UAM. Bardzo lokalna ekipa i świetny efekt końcowy ich pracy.

Zimowy wieczór może być bardzo rozpalający dla zmysłów. Jak to na południu Włoch!


Jędrzej Franek


piątek, 4 października 2013

MANHATTAN SHORT Film Festival


MANHATTAN SHORT Film Festival to nowojorski,  międzynarodowy i największy na świecie festiwal filmów krótkometrażowych. Poznański pokaz, którego współorganizatorem była Fundacja Ad Arte odbył się 2 października w kinie Rialto.

Mimo, że był to środek tygodnia, a termometr wskazywał niewiele ponad 3 stopnie, kino zapełniło się widzami.  Przed rozpoczęciem seansu każdy otrzymał kartę do głosowania dzięki czemu publiczność festiwalu mogła oddać swój głos na jeden z dziesięciu finałowych filmów, a także najlepszego aktora festiwalu.

MSFF ugościł swoich widzów różnorodnością wzbudzając w publiczności skrajne emocje. Trzymał w napięciu podczas oglądania filmu Friday, w którym Seb Edwards ukazał historię młodego mężczyzny próbującego pogodzić się z utratą matki w rok po zamachu terrorystycznym w Londynie. Bawił,  podczas emisji australijskiego #30 , francuskiego No Comment czy Do I Have to Take Care Of Everything? przedstawiającego niefortunny i chaotyczny poranek pewnej rodziny.





Nicholas Mason, założyciel i dyrektor festiwalu  zauważył, że celem Manhattan Short Film Festival jest nie tylko odkrycie i promowanie nowych talentów, ale przede wszystkim łączenie społeczności za pośrednictwem opowieści z całego świata. Wśród tegorocznych finalistów znalazły się obrazy z Australii, Finlandii, Francji, Irlandii, Wielkiej Brytanii i USA.

Jednym ze zwycięskich tytułów był przejmujący obraz  Pale of Settlement. Reżyser amerykańskiego pochodzenia, 22- letni Jacob Sillman opowiedział widzom historię 10-letniego żydowskiego chłopca imieniem Moische, uciekającego przed przymusowym wcieleniem do rosyjskiej armii podczas wojny na Krymie. Inspiracją do stworzenia filmu stała się opowieść matki Jacoba o jego pradziadku uciekającym przed poborem do armii podczas rosyjskiej wojny domowej. 




Niebanalną i ponadczasową historię miłosną, która skradła niejedno serce przedstawiono w Kizmet Diner. Autor Mark Nunneley za pomocą obrazu udowodnił, że prawdziwa miłość nie potrzebuje wielu słów, a w zwykłej jadłodajni mogą dziać się rzeczy magiczne

Po raz kolejny stali widzownie mieli okazję obejrzeć poklatkową sentymentalną animację  Irish Folk Furniture wyświetlaną choćby podczas tegorocznej edycji Future Shorts Summer Season w kinie Rialto. To ciepły i urzekający film o tym jak zniszczone i zapomniane meble wracają w nowej odsłonie pod pierwotny adres. Inną animacją podczas tegorocznej edycji MSFF jest Faces from Places. Francuz, Bastien Dubois w 9 minutowym filmie ukazuje portret Moskwy, Pakistanu i Quebecu widziany oczyma podróżującego rysownika.  Genialny portret społeczeństwa przedstawił widzom Ken Urban. W  filmie I Am Big Ball of Sadness pokazał co tak naprawdę chcemy powiedzieć prowadząc niezobowiązującą pogawędkę. 



Wiele emocji podczas festiwalu wzbudził także dramat  Black Metal.  Amerykanin Kat Candler najpierw zabrał widza na koncert black metalowego zespołu by po chwili ukazać miejsce brutalnej zbrodni jakiej w imię wspomnianej muzyki dokonał nastolatek. Film stara się wskazać różnicę między wizerunkiem artysty na scenie i jego życiem poza nią. Pokazuje jak trzydziestoletni muzyk, mąż i ojciec zmaga się z poczuciem winy za tragiczne i bezsensowne morderstwo zainspirowane jego muzyką.


Do końca tygodnia produkcje zostaną wyświetlone w ponad 300 miastach na sześciu kontynentach i ocenione przez widzów zebranych w kinach, galeriach czy na uniwersytetach. Ta chwilowa uroczystość przynosi nie tylko wspaniałe szorty, ale jednoczy publiczność na całym świecie pozwalając wybrać swój ulubiony film. One World One Week One Festival. Z niecierpliwością czekamy na kolejną edycję. 

Agata Śliwińska


wtorek, 17 września 2013

"Architektura - Zapis Idei"


Na Stacji ostatnio królują tematy okołoarchitektoniczne, ale zapewniam, że miłośnicy innych obszarów estetycznej, kulturalnej reprezentacji miasta już niedługo znajdą też coś dla siebie - intensywnie pracujemy nad tym, żeby nowa odsłona Stacji Poznań Główny była dla każdego i by uprzyjemniała Wam życie w naszym mieście.

Przechodząc do rzeczy: parę dni temu odwiedziłem jedną z odważniejszych wystaw w Poznaniu w ostatnim czasie. Jej odwaga nie polega jednak na tym co oferuje, gdyż wcale nie jest zaskakująca i domyślnie nie ma taka być. Definicyjne kontrowersje wzbudza natomiast sam jej kontekst, gdyż tym razem przedmiotem wystawienniczym jest to co zwykle jest samą otoczką i środowiskiem prawdziwej sztuki, a o takie miano architektura co do zasady wciąż walczy.


Motywem przewodnim wystawy jest wszystko to czym przypadkowy odbiorca architektury zwykle nie zaprząta sobie głowy, gdyż jest on podmiotem, który nierzadko całkowicie bezrefleksyjnie obcuje z samym efektem działania architektonicznego. Nasuwa się jednak pytanie, czy taki konsument, jest w ogóle adresatem owego przedsięwzięcia, biorąc pod uwagę zainteresowanie odwiedzających tą wystawą raczej nie. Mamy zatem ekspozycję idei i wszelkich konceptualizacji pomysłu architektonicznego, które poprzedzają często nie tylko samą realizację, ale i ostateczną wizualizację. Odbiorca napotyka w związku z tym na swojej drodze pewną określoną myśl: nie ma architektury bez refleksji, przesłania i przymiotników odnoszących się do sfery emocjonalnej. To bardzo optymistyczne, ale i nieprawdziwe, lecz świadomy odbiorca raczej zdaje sobie z tego sprawę. 

Zasadnicza zawartość ekspozycji to szkice, wizualizacje, makiety i fotografie oraz materiały multimedialne. Pod takim opisowym kątem być może nie prezentuje się to zbyt ciekawie i oryginalnie, ale diabeł tkwi w kompozycji. Ekspozycja jest bardzo strukturalna, podkreślająca wielowymiarowość projektowania jako procesu intelektualnego - można dostrzec tutaj dynamiczną złożoność jako próbę organizowania chaosu. Zwiedzając przejdziemy przez wiele faz tworzenia architektury od niemal samorzutnej próby kreślenia idei jeszcze przed stworzeniem jakiejkolwiek formy (zestaw konceptów Jerzego Gurawskiego), aż po finalne wizualizacje i często kompromisowe realizacje, które stają się efektem i punktem odniesienia do pierwotnych szkiców idei. Podstawowym problemem tworzenia architektonicznego ma być według zamysłu tej wystawy możliwość osadzenia pierwotnej myśli przewodniej twórcy projektu w końcowym produkcie i potencjale jego powszechnej recepcji: mnogość emocji, odniesień i doświadczeń, ale tylko jeden końcowy efekt.

Struktura wystawy ma wpływać na postrzeganie artystycznego wymiaru powstawania idei architektonicznej - to chyba udało się zrealizować, umożliwiając widzowi emocjonalne zagłębienie się w naturę tego procesu kreatywnego. Wrażenie zaprojektowania całej wystawy ucieszy z pewnością wybrednego widza udostępniając mu  mechanizmy i środki mające wartość zarówno estetyczną jak i użytkową.

Bardzo miły akcent tej wystawy bije od obecności na niej prac poznańskiego Studia Front Architects, które postanowiło obdarować zwiedzających porcją idei do samodzielnego montażu, a mianowicie koncepcją Single Hauz, czyli jak piszą autorzy koncepcji: 

swoisty mały manifest, to eksperymentalna propozycja domu/schronienia dla młodego/starego człowieka dzisiejszych czasów Świata Zachodu. Podstawowa komórka społeczna jaką nazywany jest związek małżeński dziś przestaje być jedynym modelem życia, przynajmniej na pewnym jego etapie. Single Hauz jako wolnostojąca jednostka mieszkalna przeznaczona dla 1 osoby wypełnia pewną próżnię na tym polu: brak takich propozycji dla tzw. “singli”. Sporą liczbę w tej grupie stanowią osoby młode, dobrze wykształcone, ambitne, energiczne i bardzo otwarte na świat.





Pobrać możemy arkusz papieru, z którego złożymy model tego projektu - jest to na pewno ciekawa kreacja promocyjna, ale także swoista próba rozpowszechnienia zapisu idei i zapoznania z nią przez bezpośrednie doświadczenie.

Ucieszył mnie także materiał video z wypowiedzią architektów studia Ultra Architects znanych z niebanalnych akcji ratujących poznański modernizm od pastelozy i deidealizacji - ciekawy jest cały obszar ekspozycji poświęcony ich działaniom.


Pomimo kilku uchybień realizacyjnych (nieuzasadniona kiepska jakość niektórych zdjęć, mało wygodny system oznaczania tytułów prac i ich autorów i bardzo skromny krytyczny materiał kuratorski, który mógłby ułatwić odbiór niektórych elementów ekspozycji, przez co stałaby się ona bardziej atrakcyjna nie tylko dla profesjonalnego widza) Architektura - Zapis Idei to wystawa, którą warto zobaczyć ze względu na jej unikalność ciekawie prezentującą się w zróżnicowanych wnętrzach Galerii Malarstwa i Rzeźby Muzeum Narodowego w Poznaniu. Odwiedzający ma szansę zapoznać się z warstwą twórczości architektów (silnie związanych zakresem swojej działalności z Poznaniem), która zazwyczaj pozostaje w cieniu treści przeznaczonych do masowej publikacji i dyskusji.

Na koniec jeszcze jedna uwaga, która pewnie nie będzie obca każdemu, kto miał okazje zwiedzać Muzeum Narodowe: czy panie opiekujące się wystawą muszą czaić się niczym cerbery na każdego kto próbuje zrobić zdjęcie choćby telefonem komórkowym? Zapewne to nie ich osobiste nastawienie (chociaż kto wie...), ale wytyczne kierownictwa każą im przybrać taką postawę, ale to naprawdę anachroniczne reguły - te kilka poglądowych zdjęć, które można by tam wykonać, w moim mniemaniu może tylko promować taką wystawę, a nie jej szkodzić. Ja natomiast nie musiałbym się tak konspirować ze smartfonem i narażać na nieostre fotorelacje...

Jędrzej Franek


czwartek, 29 sierpnia 2013

Future Shorts Summer Season 2013

Schyłek lata, a konkretnie koniec sezonu wakacyjnego to ostatni moment na to by wybrać szorty. Te szorty, które regularnie możemy oglądać w kinie Rialto są jednak wyjątkowo uniwersalne i nadają się na każdą pogodę. 

Edycję zimową możecie pamiętać z naszego materiału filmowego, pierwszego w historii Stacji, w którym o tym projekcie i innych inicjatywach multimedialnych opowiadała Weronika Drzewińska z Fundacji Ad Arte. Odświeżając sobie spłodzony przy tamtej okazji tekst muszę stwierdzić, że zmieniło się chyba niewiele, ale to dobrze. Wciąż zainteresowanie krótkim, starannie wyselekcjonowanym i uznanym na świecie filmem krótkometrażowym jest w Poznaniu duże. 

Po raz kolejny Future Shorts miało swoją premierę w wyjątkowym kinie na Jeżycach, starym, skrywającym się za charakterystycznym neonem z dawnych czasów lecz inwestującym w nowe technologie. 

21 sierpnia publiczność obejrzała w Rialto pakiet sześciu filmów - zwycięskich tytułów m.in Sundance Film Festival, British Independent Film Award, czy T-Mobile Nowe Horyzonty. Pierwszym z nich był potencjalnie najbardziej znany Boneshaker, z rolą nominowanej do Oscara z Bestie z połudiowych krain Quvenzhané Wallis. Film Frances Bodomo jednak niczym mnie nie zaskoczył, był dosyć irytujący i wysilony, ale pewnie ilu ludzi tyle opinii. 


Potencjalnie najlepszy film, okazał się dla mnie najgorszym tego wieczoru, gdyż pozostała piątka szortów, choć niezwykle różnorodna, zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Następowała oscylacja pomiędzy ciepłymi motywami, lirycznością i mrocznymi zakamarkami duszy człowieka. Dynamiczna utrzymana w konwencji klipu La huida, czyli opowieść o gumie do żucia, przekrzywionej sygnalizacji świetlnej i kilku innych zazębiających się motywach, dostarcza naprawdę dobrej, skondensowanej rozrywki. Świetny był też ciepły Irish Folk furniture, czyli wzruszająca opowieść o... Meblach. Precyzyjna poklatkowa animacja dodaje filmowi bajkowości i czyni naprawdę wyjątkowym, żywym. Wraz z The Hidden Smile wkraczamy w strefę mroku i świata ludzi gorszych, choć przecież takich samych jak my, afrykańskich dzieci pozornie skazanych na śmierć już w momencie urodzenia, którym los zabrał rodziców i skazał na życie i drapieżnictwo w szarej miejskiej dżungli. Film poruszający, ale także dający pewną nadzieję, pogłębiającą wiarą w potęgę i konieczność socjalizacji, redukcji smutku przez kontakt z drugim człowiekiem.  Ventura Durall, reżyser, wierzy w nasze naturalne dobro, bez względu na to jak głęboko jest ukryte.





Dwa filmy wydają mi się jednak w bardzo różny sposób najlepsze i je zostawiłem na koniec. Pierwszy to technicznie trudny w odbiorze (produkcja islandzka) The Pirate of Love, wybitnie nie aktorski, ale doposażony w klimatyczne animacje film o miłości i muzyce. Bohater, Daniel C., nagrywa amatorski album dla tajemniczej ukochanej. Nie wiemy dokładnie kiedy, nie wiemy na pewno kto i dla kogo. Słychać jedynie autorskie nagrania piosenek domniemanego kierowcy ciężarówki, ubrane w niepotwierdzone legendy. Film na swój sposób niezwykły.

Tutaj nieco o filmie w innej wersji językowej: http://www.shortoftheweek.com/2013/06/04/the-pirate-of-love-vol-1/

Świetny, być może najlepszy jest też Volume Mahalii Belo. Tytułowy dźwięk i manipulacja nim jest dla treści i samego bohatera wszystkim - miłością, iluzją, rzeczywistością i zaprzeczeniem. Doskonale zagrana i interesująco sfilmowana produkcja jest chyba najdojrzalsza z całej szóstki, choć nie porusza żadnych dziewiczych tematów kinematografii.


Future Shorts rusza teraz w Polskę, ale tradycyjnie wystartował w Poznaniu, z tego się cieszymy. Czekamy na następną edycję


Jędrzej Franek

poniedziałek, 8 lipca 2013

Bajki i taniec robotów



Podszedłem niechronologicznie do ostatnich operowych premier w Teatrze Wielkim w Poznaniu, mam jednak nadzieję, że ta recenzja nie będzie jedynie sztuką dla sztuki, przynajmniej dlatego, że muszę bardzo pochwalić tę realizację naszej Opery i wyrazić nadzieję, że premiery w przyszłym sezonie będą równie zaskakujące, wymagające i ciekawe.

Cyberiada, czyli opera Krzysztofa Meyera powstała ponad 40 lat temu, ale dopiero pod koniec maja miała właściwą polską premierę. Możemy z dumą powiedzieć, że to poznański Teatr Wielki przygotował ten spektakl. Kompozytor jest również autorem libretta do tego dzieła, które czerpie z twórczości Stanisława Lema a konkretnie z Bajek robotów. 

Jeszcze parę lat temu powiedzielibyśmy, że tego typu estetyka raczej nie przystoi deskom teatrów operowych, ale dziś nie tylko twórcy są odważniejsi, ale i widownia mniej hermetyczna, otwarta na formy eksperymentalne, łaknąca nowości. Nie można jednak powiedzieć, że plastyczna forma dzieła Meyera będzie futurystyczna dla współczesnych - odwołuje się ona bardziej do postrzegania przyszłości... W przeszłości, a konkretnie w czasach późnego designerskiego modernizmu, co doskonale zostało uchwycone między innymi w kostiumach.



Dopracowana i pomysłowa scenografia przewijała się już przez media społecznościowe na kilkanaście dni przed premierą, wiedziałem już wtedy, że trudno będzie znudzić oko podczas spektaklu. Polska premiera zbiegła sie w czasie z 70. rocznicą urodzin Krzysztofa Meyera. Historia jest nieco cybernetycznie infantylna, lecz niepozbawiona puenty. Z charakterystycznej językowo prozy Stanisława Lema z pewnością niełatwo było wyekstrahować libretto. Kompozytor uzupełnił zapis słowny multiinstrumentalnym tłem muzycznym, co też stało się bazą dla projektowania przestrzeni na scenie - perkusiści w pełnym kosmicznym rynsztunku nie zmieściwszy się w kanale grają na scenie, co zapewne dla nich jest również ciekawym przeżyciem, a dla widza niepodważalnie ciekawym walorem wizualnym.


Cybierida jest niezwykle spójna w swej narracji muzycznej i estetycznej - zaprezentowano nam sztukę organizowania chaosu w ciąg zero-jedynkowy. Piksele, cyfrowość i kosmiczna automatyka - do tej dominanty dostosowano nie tylko dekoracje i kostiumy, ale także choreografię. Ran Arthur Braun jako reżyser odpowiedzialny także za tę warstwę dzieła to gwarancja intensyfikacji ruchu scenicznego (autor znany chociażby z inscenizacji walk) i rzeczywiście dużo mamy w Cyberiadzie spektakularnych popisów akrobatycznych (akrobacja flygrossing i akrobacja powietrzna). Już sam ten element mógłby być osobnym spektaklem.



Nie jest to dzieło, które obejrzymy dla wybitnych arii, choć w obsadzie zobaczymy wiele sztandarowych nazwisk poznańskiej Opery. To sztuka świeżości i bezpretensjonalnego, radykalnego podejścia do dzieła operowego. Zupełnie inna jest też forma uczestnictwo widza. Na moment staje się on lemowskim i meyerowskim geekiem (technologicznym maniakiem), bawiąc się kosmicznymi dmuchanymi piłkami. Do takiej gry wciągnięto widownię rozszerzając obszar akcji na wszystkie piętra Teatru Wielkiego. Jest to w pewien sposób symboliczne i wymowne - widz nie jest bierny, nie może taki być, gdyż jest elementem nowoczesnego świata, podmiotem futuryzmu, ale chyba także trybikiem w nie tylko muzycznej machinie wszechświata.

Jędrzej Franek

_______________________________________
kierownictwo muzyczne:  Krzysztof Słowiński
reżyseria i choreografia:  Ran Arthur Braun
scenografia:  Justin C. Arienti
reżyseria świateł:  Marek Rydian

kierownictwo chóru:  Mariusz Otto
współpraca muzyczna: Agnieszka Nagórka
asystent reżysera: Bartłomiej Szczeszek


wtorek, 2 lipca 2013

"Falstaff" - opera z zielonym kółeczkiem

 

120-letnia opera liryczna Giuseppe Verdiego wystawiana jest rzadko i decyzja o wyborze tego dzieła jako ważnej premiery na rok 2013 nie mogła być łatwa, bo Falstaff nie jest wielkim verdiowskim hitem. Warto decenić jednak trud obecnej dyrekcji Teatru Wielkiego w Poznaniu, który przemijające problemy finansowe stara się zwalczyć uatrakcyjnieniem i poszerzeniem repertuaru oraz zwiększeniem liczby premier.

Libretto według Wesołych kumoszek z Windsoru i Henryka IV Williama Szekspira napisał Arrigo Boito, który jest również autorem libretta do słynnego Otella. Ze względu na totalną reinterpretację dzieła trudno przytaczać ściśle oryginalny zamysł fabularny, poza tym chyba w tym celu najlepiej sprawdzi się po raz kolejny starannie zaprojektowany przez Jacka Kalińskiego i równie dobrze wykonany program do spektaklu.


Poznańska wersja w reżyserii oraz opracowaniu scenograficznym Tomasza Koniny jest wizualnie odświeżająca i oryginalna, ale także niespójna. Puryści nie będą zachwyceni, lecz chyba i oni potrzebują czasami odmiennego spojrzenia na klasykę, by utwierdzić się w swoich przekonaniach. Cała akcja dzieła przeniesiona została do dwupiętrowego świata dziecięcych i zdziecinniałych zabaw oraz intryg. Wiele jest miejsc kiedy libretto nie spotyka się z tym co widzimy na scenie, w gruncie rzeczy nie przeszkadza to jednak. Udało się wkomponować wątki w twórczy i współczesny  sposób autoironiczne, np. wtedy kiedy karczmą głównego bohatera jest ławka na przedszkolnym skwerku. Do współczesnego przedszkola, zagonionych rodziców, celebryckiej banalności (i barokowości) Falstaffa pasuje atmosfera zwariowanego tła namiętności i pędu instynktów - to pozostało niezmienione. Zaskoczeniem jest ostatnia odsłona kiedy scenografia zostaje zmieniona i wkraczamy do chłodnego, pod koniec wręcz moskiewsko zimnego i tajemniczego lasu... Mimo większej powagi otoczenia dziecięcy duch bije od postaci. Fani twórczości Renée Goscinnego powinni być mile zaskoczeni.


   

Falstaff to opera bardzo aktorska, więc wymagania stawiane solistom były duże tym razem nie tylko pod względem wokalnym. Wśród odtwórców ról męskich jakościowo dominuje według mnie nie Mark Morouse jako Sir Falstaff, a Stanisław Kuflyuk, którego parę miesięcy temu chwaliłem przy okazji recenzji Cyganerii. Nie oznacza to jednak tego, że potężny (także pod względem ego) główny bohater był postacią źle zagraną - wprost przeciwnie, pod względem aktorskim kreacja ta jest bardzo udana - Falstaff jest jak dominujący gołąb w stadzie, wciąż się puszy i wypina pierś wraz z resztą torsu. Bardzo spójna okazała się natomiast gra i popisy wokalne żeńskiej części obsady - szczególnie wyróżnić należy Natalię Puczniewską jako Nannettę.


Trochę zawiodła mnie pozostająca nieco na uboczu warstwa muzyczna, choć trudno tu pretensje kierować do orkiestry Teatru Wielkiego czy do Maestro Chmury, tak już jest z tym dziełem Verdiego, że dość opornie wpada w ucho. Nie znaczy to, że słucha się go zupełnie bez emocji czy wręcz nieprzyjemnie, po prostu nie grożą nam raczej ciarki przechodzące na plechach - ledwie kilka razy zasłyszymy tę potężną, znaną i bardzo uduchowioną maszynę, która tak świetnie i imponująco działa m.in. w Nabucco.

Chyba nieco krytyczny wydźwięk ma ta recenzja, tymczasem spektakl tak naprawdę mi się podobał, a to dlatego, że wymagał pewnej odwagi znaczącego odbrązowienia, czy też odkurzenia tego nieco innego Verdiego. Nie udało się być może w pełni, ale dzięki dynamice inscenizacyjnej trudno było się nudzić.


Jędrzej Franek

____________________________________
kierownictwo muzyczne:  Gabriel Chmura
reżyseria i scenografia:  Tomasz Konina
kostiumy: Tomasz Konina, Czesław Pietrzak, Monika Zajączkowska
reżyseria świateł:  Marek Rydian
kierownictwo chóru:  Mariusz Otto
asystent dyrygenta:  Grzegorz Wierus

asystent reżysera:  Krzysztof Szaniecki
autorzy plakatu: Jacek Kaliński, Michał Stankiewicz




piątek, 10 maja 2013

Długa Wiosna w Poznaniu - Wieczór Strawińskiego w Teatrze Wielkim



Po męczącej zimie wreszcie zawitała do Polski i Poznania wyczekiwana wiosna wraz z całą dynamiką przeobrażeń stanów pogody, ziemi i emocji. Nowej nadziei nie wypada nie świętować, dlatego szczególnie warto zwrócić uwagę na operową fetę, nie tylko z okazji triumfu tej pory roku ale i chęci uczczenia dzieła oraz legendy wielkiego rosyjskiego kompozytora, Igora Strawińskiego.

Festiwal Wiosny organizowany przez Fundację Nuova w współpracy z Teatrem Wielkim, jest w tym roku zupełnie inny niż podczas siedmiu ostatnich edycji. Przestajemy się spieszyć i rozpościeramy wiosenną aurę nad znaczącą częścią roku. Poznańska wiosna zakończy się dopiero 29 listopada.


Stacja Poznań Główny miała przyjemność uczestniczyć w premierowym Wieczorze Strawińskiego 27 kwietnia, który to dla każdego pasjonata operowych klimatów był prawdziwą ucztą złożoną z dwóch dań.
Zaserwowano dwie odmienne estetyki, tradycyjną i zachowawczą oraz wielce kontrowersyjną, patrząc na historyczne uwarunkowania twórczości kompozytora.

Sofokles będący zmorą (lub nie) licealistów, stał się także przedmiotem kompozytorskich uniesień Igora Strawińskiego. Król Edyp to opera-oratorium w jednym akcie, surowa oszczędna oraz... Niezwykle rzadko wystawiana. Napisana w 1925 roku jest wynikiem wstecznej introspekcji autora, której oddawał się w tamtym czasie, powstała jako prezent dla zaprzyjaźnionego ze Strawińskim mecenasa sztuki Sergiusza Diagilewa.  Neoklasyczna partytura dzieła daje szanse zaistnieć solistom  ale także obfituje w sceny zbiorowe i komentarz chóru. Tylko nietypowa postać narratora zachowuje pełnoprawny kontakt z widzem, jest on łącznikiem pomiędzy chwilą obecną a zaprzeszłym intensywnym, choć kamiennym mistycyzmem akcentowanym przez język sztuki.

Poznańska interpretacja Jacka Przybyłowicza, który na co dzień zajmuje się tworzeniem choreografii,(dyrektor baletu Teatru Wielkiego) anonsowana była jako szansa na nową jakość zajmującą miejsce w jednym szeregu z największymi światowymi realizacjami. Czy udało się tego dokonać wokół libretta autorstwa Jeana Cocteau (przetłumaczonego na język martwy przez Jeana Danielou)? Trudno stwierdzić jednoznacznie - z pewnością świeżością są wplecione spodziewane elementy baletowe, które jednak czasem mogą zaburzać czytelność dzieła, poprzez niedookreśloność artystycznej dominanty.

Warto skupić się jednak na błyszczących tego wieczoru solistach.

Jacek Laszczkowski jako Edyp jest zdecydowanie moim faworytem mimo skromności estetycznej tej postaci, popisuje się plastycznym, antycznym obłędem. Jokasta w interpretacji Agnieszka Zwierko jest postacią monumentalną, wysublimowaną, nieco chłodną mimo intensywnej krwistej barwy sukni nie jest dla mnie tak ekspresyjna jak świetnie grający i popisowo śpiewający chociażby w otwierającej arii Laszczkowski. Wokalnie trudno zarzucić cokolwiek artystce, dysponuje głosem o obszernej skali i niezawodną techniką śpiewu, ale trudno było jej znaleźć wspólną płaszczyznę z moim wyobrażeniem tej postaci. W roli Kreona nie wyobrażałbym sobie kogokolwiek innego niż Jerzego Mechlińskiego i również tym razem mocne aktorstwo i wspaniała barwa tego solisty świetnie wpisują się w tę postać.




Bardzo dobrze spisał się chór Teatru Wielkiego - artyści mieli okazję popisać się dużą precyzją. Orkiestra również grała bez istotnych wpadek, dyrygowana przez maestro Gabriela Chmurę.

Minimalizm zdefiniował dekoracje Edypa, podobnie rzecz się ma z kostiumami. Dominującym elementem była amfiteatralna widownia, na której zasiadali śpiewacy w w towarzystwie ksiąg, które z jednej strony przypominały nieco zaprojektowane w Poznaniu Blue Bloki w ramach ekspozycji rodzimego wzornictwa Designed for Poznan, a znalazły także zastosowanie w układach choreograficznych i gestach dramaturgicznych.



Podczas drugiej części wieczoru taniec był zdecydowanie środkiem dominującym gdyż obejrzeliśmy balet Święto Wiosny - jedno z najbardziej kontrowersyjnych dzieł Igora Strawińskiego, szczególnie z punktu widzenia mu współczesnych, dziś stało się legendą, kiedyś było niezrozumiałą awangardą. Publiczność nie mogła przebrnąć przez konstrukcję muzyczną, a przede wszystkim była zdruzgotana reinterpretacją tańca baletowego jakiej dokonał choreograf Wacław Niżyński. Święto Wiosny ma trzech ojców, oprócz muzyki Strawińskiego i projektu ruchu Niżyńskiego, najsłabiej zespoloną z niezbędnym kodem genetycznym częścią czyli librettem zajął się Nikołaj Roerich, który osadził ostatecznie dzieło w ruskim rytuale dnia wiosny.


Dzieło przez lata docierało do widzów, którzy musieli do niego dojrzeć, można powiedzieć, że Święto Wiosny w 1913 roku otworzyło wrota muzyki nowoczesnej, ale bano się w nie na dobre wejść. Jak balet ma się w swoje stulecie?

Choreograf, Paul Julius starał się zdemontować i złożyć dzieło na nowo przenikając przez wszystkie warstwy sztuki, dużą wagę przykładając do wydźwięku libretta, przy czym wydźwięk jest dobrym określeniem dla braku tradycyjnej fabuły - to innowacyjna barwa muzyczna i  ruchowa tworzy ponadczasową jakość sceniczną Święta Wiosny. 



Pomimo artystycznej i gimnastycznej perfekcji nie taniec jest dla mnie najważniejszą cechą tego wydania baletu, choć przecież powinienem zwrócić uwagę na finezję postaci, zwłaszcza Shino Sakurado jako Ofiarowanej i męskiej roli Gento Yoshimoto. Czasem jest tak, że oko zapamięta może nie to co trzeba, ale na pewno to co chce i tym razem była to warstwa rozwiązań scenograficznych. Damsko - męska gra natury była przepięknie podkreślana przez grę swiateł reżyserowaną przez Marka Heinza, wspaniale układały się one na zminimalizowanych dekoracjach, ciałach tancerzy i przede wszystkim prowadziły równoległy kluczowy szlak symbolicznej narracji żywiołów wody i ziemi.

Ze względu na długość tegorocznej Wiosny w Poznaniu polecam szczególnie przyjrzeć się ofercie Teatru Wielkiego - legendarny balet Strawińskiego, o którym pisałem, zawita w jeszcze innych formułach, na obejrzenie i wysłuchanie których z pewnością warto znaleźć odrobinę czasu, gdyż wcale nie często można w naszym mieście obcować z imprezą o takim stopniu pochwały i szacunku ale także odwagi w odniesieniu do arcydzieła.

Jędrzej Franek

niedziela, 17 marca 2013

Cyrulik sewilski - dobrze wymodelowana koafiura


Odwołując się do anachronicznej terminologii fryzjerskiej i porównując Cyrulika w Teatrze Wielkim do obiektu zawodowych zainteresowań głównego bohatera, trzeba przyznać, że ten dżentelmen wybornie prezentuje się w towarzystwie razem ze swoją czupryną.

Trochę bardziej serio, dla mnie ta właśnie opera jest szczytowym osiągnięciem opery buffa, a nie jak twierdzi większość - Wesele Figara, powstałe wcześniej, choć przecież przedstawia losy późniejsze. Może to po prostu włoska dusza Gioacchino Rossiniego jest tym co przemawia do mnie podświadomie bardziej niż perfekcyjny Mozart, a wrażenie to i szczere uczucia zostały pogłębione przez specyficzną konwencję Cyrulika w poznańskiej operze.

Wystawiane w obecnej formie przedstawienie w reżyserii Marka Weissa-Grzesińskiego znane jest publiczności od 1997 roku. Dzieło Rossiniego natomiast obecne jest na deskach światowych oper już od 1816 roku, może nadchodzący jubileusz 200-lecia Cyrulika będzie dobrą okazją do odświeżenia repertuaru, choć moim zdaniem, nie jest to wcale konieczne. Inscenizacja Teatru Wielkiego jest strzałem w dziesiątkę.


Wyobraźmy sobie bowiem, że tym razem zasiadamy jak zawsze na szkarłatnej widowni, ale siedzimy bliżej niż zwykle, dużo bliżej. Siedzimy wewnątrz opery, obserwując całą krzątaninę - zaplecze staje się właściwym miejscem akcji, a nieprzypadkowe potknięcia bohaterów, ekipy towarzyszącej, potęgują komiczną wymowę. Zasiadamy więc wewnątrz, tuż za kurtyną, podglądając suflera i charakteryzatornię -spektakl rozpoczyna się nie bez kłopotów, ale nabiera odpowiedniego tempa zaraz po tym jak wybrzmiewają pierwsze takty muzyki, nieskomplikowanej, to prawda ale zasłużenie uwielbianej. Za niezwykle udaną, bardzo tradycyjną (tradycja analogowości), ale urozmaiconą scenografię odpowiedzialny jest Ryszard Kaja (także autor plakatu). Jeżeli mój opis jest nadal zbyt enigmatyczny, mam nadzieję, że wątpliwości rozwieją fotografie niezastąpionej Katarzyny Zalewskiej.

Libretto Cesare Sterbiniego (oczywiście opartego na sztuce Pierre'a Beaumarchais) prowadzi nas przez znajomą górską kolejkę intryg, podszeptów i miłostek by znaleźć w końcu szczęśliwy finał. Figaro, tutaj młodszy i niezwykle skoczny, miłością zajmuje się jedynie korespondencyjnie, pośrednicząc w miłosnej grze pomiędzy zaprzyjaźnionym hrabią Almavivą i Rozyną będącą pod czujnym okiem swojego protektora, doktora Bartolo. Taki trójkąt, w który swoje trzy grosze wtrąca niezawodny Figaro musi prowadzić do szeregu pogodnych przepychanek.



W główną rolę golibrody i swata wcielił się baryton Robert Szpręgiel, który udźwignął ogromny ciężar roli, w tym skądinąd lekkim przecież przedstawieniu... Bardzo dobrze na moje ucho spisał się w legendarnej arii Largo al factotum i stworzyli naprawdę udany duet z Victorem Camposem Lealem, czyli Almavivą. Męski lider opery jest jednak dla mnie tylko jeden i wskazuję właśnie na świetną kreację Szpręgiela, choć bardzo plastyczny był także Bartolo grany przez znanego chociażby ze Skrzypka na Dachu Andrzeja Ogórkiewicza, czy dysponujący niezwykłą barwą głosu bas Rafał Korpik (Basilio), który również do sukcesów może zaliczyć swoje wykonanie arii La calunnia.


Zacząłem wyliczenie obsady nieco niestosownie, bo od mężczyzn a przecież na scenie Teatru Wielkiego zaprezentowały się też wybornie dwie panie. Imponująco wyśpiewała arię Una voce poco fa Bernadetta Grabias (Rozyna), choć być może grana przez nią postać dla mnie jest nieco irytująca i pod względem aktorskim, kobiecość w Cyruliku Sewilskim osiąga szczyty w roli pobocznej - wyjątkowo radosną i wzbudzającą uznanie kreacją jest Berta w wykonaniu Magdaleny Wilczyńskiej.

Warto również wspomnieć o mocnym ogólnym wydźwięku i dopracowaniu scen zbiorowych - te z udziałem nieco groteskowego policyjnego oddziału oraz wodewilowe niemal szaleństwo z końca pierwszego aktu, są kolejnym świadectwem choreograficznego kunsztu komicznego.


Miłośnicy klasyki polskiego kina, zwłaszcza Nocy i Dni Antczaka z niezapomnianymi rolami Jerzego Bińczyckiego i Jadwigi Barańskiej, zakochają się od pierwszego wejrzenia w muzyce jaką serwuje nam Rossini w Cyruliku sewilskim - rozpoznają oni znane z operowego wieczoru zapoznawczego motywy z filmowej interpretacji powieści Marii Dąbrowskiej. Opera naiwna jak większość, do tego rodzaju narracji trzeba przywyknąć, żeby w ogóle czerpać przyjemność ze spektakli, muzycznie natomiast piękna w swojej prostocie i ponadczasowa. Gwarantuję ujęcie serca już od uwertury.

Odchodząc już od samego spektaklu konieczne jest jednak zwrócenie uwagi na kilka spraw. Prozaicznych, bo technicznych. Odrobinę szwankowały na Cyruliku napisy i przez dwie chwile niestety nic się ponad sceną nie wyświetlało. Może to mało istotne - trudno bowiem na widowni spotkać kogoś, kto nie zna libretta i przez taki incydent nie odbierze w prawidłowy sposób sztuki, albo przychodzi do opery by uczyć się języka włoskiego, ale... To pierwszy zgrzyt. Jestem także entuzjastą wydawanych przez Teatr Wielki programów operowych, są świetne i bardzo elegancko wydane, niezastąpione kiedy chcemy powrócić raz jeszcze do spektaklu, przeczytać wywiady z twórcami, czy też opracowania krytyków lub zagłębić się w motywy danej sztuki. Programów do Cyrulika sewilskiego 10 marca niestety zabrakło, bardzo szkoda.

Zwracam uwagę na być może nieistotne dla niektórych szczegóły, ale opera od zawsze jest dla mnie emanacją całkowitej perfekcji okupionej wielkim wysiłkiem twórczej ekspresji, wskaźnikiem najwyższego ludzkiego kunsztu artystycznego. Drobne techniczne aspekty nie powinny zakłócać tej magii.


Jędrzej Franek

czwartek, 28 lutego 2013

Wolny Strzelec - Opera romantycznego lasu


Pewnie sam Carl Maria Von Weber nie spodziewał się ogromu zainteresowania swoją sztuką już wśród mu współczesnych, ponoć na ulicach największych miast europejskich zwłaszcza w Berlinie, dało się słyszeć płynące arie z Wolnego Strzelca. Trudno dyskutować z kulturową wartością dzieła w optyce całego narodu niemieckiego i powszechnej, samoodradzającej się ludycznej fascynacji.

Dziś ciężar popularnej rozrywki jest zupełnie inny i zjawiska dawne wydają nam się całkowicie obce, lecz nikomu obca nie powinna pozostawać wybitna opera romantyzmu niemieckiego, która przecież już niedługo obchodzić będzie swoje dwusetne urodziny.

Język niemiecki jest niełatwy dla opery, wielu krytyków minionych epok wzdrygało się na samo brzmienie arii i recytatywów, zarzucając im jak i samej kompozycji instrumentalnej zbyt małą wiotkość i nielotność - były ponoć ciemne i usztywnione. W każdym jednak czasie głos krytyczny musi rządzić się swoimi prawami. Uznając jednak dziś, że kompozycja dzieła jest najzwyczajniej powszechnie uważana za spektakularną, zrównoważoną o ogromnej dawce dramaturgii, możemy przejść do właściwego omawiania spektaklu.


Symbolika, uniwersalne przesłanie, którego odkrywanie sprawia ogromną radość - wszystko to wyziera spod kapitalnej interpretacji wizualnej. Duże pochwały należą się osobom odpowiedzialnym za warstwę inscenizacyjną poznańskiego spektaklu (dekoracje: Waldemar Zawodziński, kostiumy: Maria Balcerek, ruch sceniczny: Sławomir Woźniak), który nie jest zbyt często wystawiany na deskach Teatru Wielkiego im. Stanisława Moniuszki. Nie można oczywiście zapomnieć o superwizyjnej roli reżyserki Marii Sartovej. Udało się stworzyć powiązane w sposób nieoczywisty światy mroku i beztroski. Świat damski zdaje się być wieczną zabawą, utarczkami słownymi, przetykanymi tylko zagadkowością i ukrytą symboliką prozaicznych przedmiotów i zdarzeń. Doskonale skonstruowane libretto łączy go ze światem męskiej wiecznej walki o przetrwanie i zwycięstwo za wszelką cenę. Wolny Strzelec to... Diabeł pod pierzyną. Nie tylko biorąc pod uwagę wersy Johanna Friedricha Kinda, ale przede wszystkim trzymającą zawsze w napięciu muzykę, atakującą dodatkowo jakby perypetie postaci.

Na scenie znów moje ulubienice - Magdalena Nowacka jako Agata i Barbara Gutaj jako Anusia. Od Wesela Figara nie straciły panie nic ze swojej formy i wciąż zachwycają. Dają się poznać od swojej najlepszej strony w krzyżowym ogniu pieśni (Und ob die Wolke sie verhülle / Einst träumte meiner sel'gen Base). 


Zadośćuczynieniem pełnym za niedosyt podczas ostatniej mojej wizyty w Operze były jednak wydarzeniea drugiego i trzeciego aktu, kiedy najwyraźniej zademonstrowano w sposób niezwykle wysmakowany część technicznego arsenału Teatru Wielkiego. Koncepcja wizualna spotkania dwóch głównych bohaterów męskich Maxa (Michał Marzec) i Kaspra (Rafał Korpik) w Wilczym Jarze (der Wolfschlucht) z diabłem Samielem przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Wideokroniki z całego świata operowego dostarczają często dość groteskowego, operetkowego bardziej obrazu tych scen, tymczasem podniosłość i intertekstualne zabiegi inscenizacyjne w tym ujęciu przesycone są niesamowitością z najwyższej półki. Samiel, tutaj grany przez świetnego Tomasza Raczkiewicza zdobył ogromne uznanie publiczności. Jestem pod wielkim wrażeniem tej charakteryzacji, przywodzącej nieco na myśl nie tylko romantyczne legendy, ale i opiewającej w pewnym sensie słynny, mechaniczny niemiecki... Ekspresjonizm. 



Niezwykłe są też sceny zbiorowe, nie tylko śpiewane, ale też te pozornie martwe... Znów dojrzymy przejmujące wpływy konceptu inscenizacji. 

Wolny Strzelec, to Opera Lasu i człowieka w lesie, który próbuje uzyskać pozorną kontrolę własnego losu, walcząc z nim, wdając się w konszachty, w końcu zdając sobie sprawę ze swojej śmiertelności i wagi miłości oraz odkupienia.

Wspaniały spektakl, który polecić mogę każdemu, zwłaszcza tym, którzy dopiero zaczynają przygodę z operą i nie chcą się zmęczyć lub zrazić. Oczy i uszy będą niezmiernie zadowolone - gwarantuję.

Jędrzej Franek