Get the flash player here: http://www.adobe.com/flashplayer
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lipca 2013

Mamy rok!

O pierwszej rocznicy działalności Stacji w dwugłosie...


Drodzy czytelnicy!

Mija właśnie rok od powstania Stacji Poznań Główny. Początkowo nie sądziłam, że projekt ten zyska tak dużą popularność. Przerosło to nasze najśmielsze oczekiwania. Dziękujemy więc wszystkim, którzy pomogli nam w promocji Stacji: inicjatywie Poznań I love You za stwierdzenie, że jesteśmy godni mapy Poznania, Fundacji Junior, Concordia Design, Art Stations Foundation i Teatrowi Wielkiemu w Poznaniu za udaną współpracę, Czytelnisku za niezapomnianą majówkę. Dziękuję również osobom, które tworzą kulturę w tym mieście i walczą o jego dobro, za to, że mamy o czym pisać :) Nie zapominamy także o czytelnikach, dla których funkcjonuje Stacja - cieszymy się, że jesteście z nami już rok! Obiecujemy rozwój i kolejne konkursy. Już dziś zapraszamy Was na naszą stronę internetową. Jej start  niebawem. 

Sandra Grobelna


_______________________________________


Ja postanowiłem pokazać rok naszej działalności w obrazach, bo przy pisaniu o przeszłości można wpaść w niepotrzebną melancholię.



Zaczęliśmy od wariacji na temat naszego dworca, czyli dostosowanej do wymogów PKP wizji Pałacu Sowietów...







I dziewiczego bloga...



Szybko się jednak rozwijaliśmy, byliśmy na bieżąco z poznańską kulturą i designem i to nie umknęło uwadze ekipie Poznań I love You, która to zdecydowała się umieścić nas na liście najciekawszych projektów na mapie have a nice Tey in Poznań. Bardzo nas to zmotywowało...





W listopadzie zorganizowaliśmy też podwójne warsztaty historyczno-plastyczne we współpracy z Fundacją Junior. W Szkołach Podstawowych nr 40 i 66 przedstawialiśmy lokalne tradycje odnoszące się do Święta Niepodległości...





W ubiegłym roku zawitaliśmy też dwukrotnie na szklany ekran. Stacja zabrała głos w programie Kultura, sprawdzam, prowadzonym przez Agatę Kołacz...






We wzmocnionym składzie (Dołączyły do nas Agata, Ania i Monika) świętowaliśmy pierwszy tysiąc Fanów na Facebooku...




Pojawiły się pierwsze patronaty - zaczęło się od urodzin Radia Meteor...






Niedługo potem patronowaliśmy wspaniałej inicjatywie AK 30 - 30 DNI 30 WYSTAW...



Zaprojektowaliśmy wtedy także plakat konkursu sztuki Pokaż się w sieci organizowanego przez Art in Poznań, któremu również patronowaliśmy...






Następnie rozpoczęliśmy rozglądać się poza bloggerem, Facebookiem i Twitterem. Fajną współpracę nawiązaliśmy z ekipą tworzącą mocno lokalną aplikację fotograficzną o nazwie Starpin. Dziś już mówi się o niej głośno i używa jej coraz większa liczba osób.




Nie mogliśmy doczekać się wiosny, bo właśnie na jej pierwsze dni zaplanowaliśmy nasz Spacer po Łazarzu, który zauważyły media i przede wszystkim spodobał się jego uczestnikom...





Bardzo ucieszyliśmy się też z patronatu nad MarketArt Festiwal, który odbywał się w przestrzeniach Starego Browaru...






Niedługo później zaprezentowaliśmy się na jednym ze spotkań poznańskich blogerów BLOGtej organizowanych w Concordia Design. Zostaliśmy też partnerami tej inicjatywy i odpowiadamy za wideorelacje ze spotkań...







Pierwszym większym wyzwaniem organizacyjnym była Majówka z Książką, którą zorganizowaliśmy wspólnie z Czytelniskiem i ProArte. Dwudniowa impreza z wymianą książek na Cytadeli, głośnym czytaniem na poddaszu Collegium Maius i deszczowym spacerem po Jeżycach tropem Jeżycjady oraz konkursem z nagrodami, przyciągnęła rzeszę poznaniaków. Niektórzy usłyszeli wtedy o nas po raz pierwszy. O majówce pisały najważniejsze poznańskie media: epoznan.pl, kultura.poznan.pl, mmpoznan.pl...








Przy okazji Majówki zaprezentowaliśmy nasz pierwszy autorski projekt, w którym nie tyle mogliście uczestniczyć co wziąć go do ręki. Tak wyglądała pierwsza wersja Kubków z Gwarą - obecnie myślimy nad kolejnymi poznańskimi gadżetami...





Również w maju patronowaliśmy kolejnemu wydarzeniu, a był nim drugi Festiwal Wybieram Wschód...






W tym czasie rozszerzaliśmy również naszą obecność w mediach społecznościowych. Dziś możecie śledzić naszą dużą aktywność na Facebooku, Twitterze, Instagramie, Starpinie, Foursquarze, a od niedawna także na Google+ i Tumblerze. Jeżeli chodzi o działalność Stacji w social media to zdecydowanie dzielimy włos na czworo, a nawet siedmioro...





Kilka dni temu w Concordia Design zorganizowaliśmy urozmaicone warsztaty o fantastyce, tradycyjnie dla najmłodszych, choć obecni byli także rodzice...



Co dalej? Mamy nadzieję, że wciąż będziemy się rozwijać. Wskazują na to kolejne projekty z dużą szansą na realizację oraz wyłaniający się nowi i życzliwi partnerzy. Chcielibyśmy Wam już teraz wszystko powiedzieć i pokazać, ale nie można być niecierpliwym - wszystko w swoim czasie. Z pewnością nadchodzi Stacja Poznań Główny nowej jakości. Przypatrzcie się temu blogowi póki możecie, niebawem się przeprowadzamy by zaprezentować Wam medium godne nowoczesnego Poznania: przyjaznego oddolnym inicjatywom kulturalnym i pielęgnującego, promującego powstającą w nim sztukę i dobre wzornictwo...

Do zobaczenia:)


Jędrzej Franek





poniedziałek, 8 lipca 2013

Bajki i taniec robotów



Podszedłem niechronologicznie do ostatnich operowych premier w Teatrze Wielkim w Poznaniu, mam jednak nadzieję, że ta recenzja nie będzie jedynie sztuką dla sztuki, przynajmniej dlatego, że muszę bardzo pochwalić tę realizację naszej Opery i wyrazić nadzieję, że premiery w przyszłym sezonie będą równie zaskakujące, wymagające i ciekawe.

Cyberiada, czyli opera Krzysztofa Meyera powstała ponad 40 lat temu, ale dopiero pod koniec maja miała właściwą polską premierę. Możemy z dumą powiedzieć, że to poznański Teatr Wielki przygotował ten spektakl. Kompozytor jest również autorem libretta do tego dzieła, które czerpie z twórczości Stanisława Lema a konkretnie z Bajek robotów. 

Jeszcze parę lat temu powiedzielibyśmy, że tego typu estetyka raczej nie przystoi deskom teatrów operowych, ale dziś nie tylko twórcy są odważniejsi, ale i widownia mniej hermetyczna, otwarta na formy eksperymentalne, łaknąca nowości. Nie można jednak powiedzieć, że plastyczna forma dzieła Meyera będzie futurystyczna dla współczesnych - odwołuje się ona bardziej do postrzegania przyszłości... W przeszłości, a konkretnie w czasach późnego designerskiego modernizmu, co doskonale zostało uchwycone między innymi w kostiumach.



Dopracowana i pomysłowa scenografia przewijała się już przez media społecznościowe na kilkanaście dni przed premierą, wiedziałem już wtedy, że trudno będzie znudzić oko podczas spektaklu. Polska premiera zbiegła sie w czasie z 70. rocznicą urodzin Krzysztofa Meyera. Historia jest nieco cybernetycznie infantylna, lecz niepozbawiona puenty. Z charakterystycznej językowo prozy Stanisława Lema z pewnością niełatwo było wyekstrahować libretto. Kompozytor uzupełnił zapis słowny multiinstrumentalnym tłem muzycznym, co też stało się bazą dla projektowania przestrzeni na scenie - perkusiści w pełnym kosmicznym rynsztunku nie zmieściwszy się w kanale grają na scenie, co zapewne dla nich jest również ciekawym przeżyciem, a dla widza niepodważalnie ciekawym walorem wizualnym.


Cybierida jest niezwykle spójna w swej narracji muzycznej i estetycznej - zaprezentowano nam sztukę organizowania chaosu w ciąg zero-jedynkowy. Piksele, cyfrowość i kosmiczna automatyka - do tej dominanty dostosowano nie tylko dekoracje i kostiumy, ale także choreografię. Ran Arthur Braun jako reżyser odpowiedzialny także za tę warstwę dzieła to gwarancja intensyfikacji ruchu scenicznego (autor znany chociażby z inscenizacji walk) i rzeczywiście dużo mamy w Cyberiadzie spektakularnych popisów akrobatycznych (akrobacja flygrossing i akrobacja powietrzna). Już sam ten element mógłby być osobnym spektaklem.



Nie jest to dzieło, które obejrzymy dla wybitnych arii, choć w obsadzie zobaczymy wiele sztandarowych nazwisk poznańskiej Opery. To sztuka świeżości i bezpretensjonalnego, radykalnego podejścia do dzieła operowego. Zupełnie inna jest też forma uczestnictwo widza. Na moment staje się on lemowskim i meyerowskim geekiem (technologicznym maniakiem), bawiąc się kosmicznymi dmuchanymi piłkami. Do takiej gry wciągnięto widownię rozszerzając obszar akcji na wszystkie piętra Teatru Wielkiego. Jest to w pewien sposób symboliczne i wymowne - widz nie jest bierny, nie może taki być, gdyż jest elementem nowoczesnego świata, podmiotem futuryzmu, ale chyba także trybikiem w nie tylko muzycznej machinie wszechświata.

Jędrzej Franek

_______________________________________
kierownictwo muzyczne:  Krzysztof Słowiński
reżyseria i choreografia:  Ran Arthur Braun
scenografia:  Justin C. Arienti
reżyseria świateł:  Marek Rydian

kierownictwo chóru:  Mariusz Otto
współpraca muzyczna: Agnieszka Nagórka
asystent reżysera: Bartłomiej Szczeszek


wtorek, 2 lipca 2013

"Falstaff" - opera z zielonym kółeczkiem

 

120-letnia opera liryczna Giuseppe Verdiego wystawiana jest rzadko i decyzja o wyborze tego dzieła jako ważnej premiery na rok 2013 nie mogła być łatwa, bo Falstaff nie jest wielkim verdiowskim hitem. Warto decenić jednak trud obecnej dyrekcji Teatru Wielkiego w Poznaniu, który przemijające problemy finansowe stara się zwalczyć uatrakcyjnieniem i poszerzeniem repertuaru oraz zwiększeniem liczby premier.

Libretto według Wesołych kumoszek z Windsoru i Henryka IV Williama Szekspira napisał Arrigo Boito, który jest również autorem libretta do słynnego Otella. Ze względu na totalną reinterpretację dzieła trudno przytaczać ściśle oryginalny zamysł fabularny, poza tym chyba w tym celu najlepiej sprawdzi się po raz kolejny starannie zaprojektowany przez Jacka Kalińskiego i równie dobrze wykonany program do spektaklu.


Poznańska wersja w reżyserii oraz opracowaniu scenograficznym Tomasza Koniny jest wizualnie odświeżająca i oryginalna, ale także niespójna. Puryści nie będą zachwyceni, lecz chyba i oni potrzebują czasami odmiennego spojrzenia na klasykę, by utwierdzić się w swoich przekonaniach. Cała akcja dzieła przeniesiona została do dwupiętrowego świata dziecięcych i zdziecinniałych zabaw oraz intryg. Wiele jest miejsc kiedy libretto nie spotyka się z tym co widzimy na scenie, w gruncie rzeczy nie przeszkadza to jednak. Udało się wkomponować wątki w twórczy i współczesny  sposób autoironiczne, np. wtedy kiedy karczmą głównego bohatera jest ławka na przedszkolnym skwerku. Do współczesnego przedszkola, zagonionych rodziców, celebryckiej banalności (i barokowości) Falstaffa pasuje atmosfera zwariowanego tła namiętności i pędu instynktów - to pozostało niezmienione. Zaskoczeniem jest ostatnia odsłona kiedy scenografia zostaje zmieniona i wkraczamy do chłodnego, pod koniec wręcz moskiewsko zimnego i tajemniczego lasu... Mimo większej powagi otoczenia dziecięcy duch bije od postaci. Fani twórczości Renée Goscinnego powinni być mile zaskoczeni.


   

Falstaff to opera bardzo aktorska, więc wymagania stawiane solistom były duże tym razem nie tylko pod względem wokalnym. Wśród odtwórców ról męskich jakościowo dominuje według mnie nie Mark Morouse jako Sir Falstaff, a Stanisław Kuflyuk, którego parę miesięcy temu chwaliłem przy okazji recenzji Cyganerii. Nie oznacza to jednak tego, że potężny (także pod względem ego) główny bohater był postacią źle zagraną - wprost przeciwnie, pod względem aktorskim kreacja ta jest bardzo udana - Falstaff jest jak dominujący gołąb w stadzie, wciąż się puszy i wypina pierś wraz z resztą torsu. Bardzo spójna okazała się natomiast gra i popisy wokalne żeńskiej części obsady - szczególnie wyróżnić należy Natalię Puczniewską jako Nannettę.


Trochę zawiodła mnie pozostająca nieco na uboczu warstwa muzyczna, choć trudno tu pretensje kierować do orkiestry Teatru Wielkiego czy do Maestro Chmury, tak już jest z tym dziełem Verdiego, że dość opornie wpada w ucho. Nie znaczy to, że słucha się go zupełnie bez emocji czy wręcz nieprzyjemnie, po prostu nie grożą nam raczej ciarki przechodzące na plechach - ledwie kilka razy zasłyszymy tę potężną, znaną i bardzo uduchowioną maszynę, która tak świetnie i imponująco działa m.in. w Nabucco.

Chyba nieco krytyczny wydźwięk ma ta recenzja, tymczasem spektakl tak naprawdę mi się podobał, a to dlatego, że wymagał pewnej odwagi znaczącego odbrązowienia, czy też odkurzenia tego nieco innego Verdiego. Nie udało się być może w pełni, ale dzięki dynamice inscenizacyjnej trudno było się nudzić.


Jędrzej Franek

____________________________________
kierownictwo muzyczne:  Gabriel Chmura
reżyseria i scenografia:  Tomasz Konina
kostiumy: Tomasz Konina, Czesław Pietrzak, Monika Zajączkowska
reżyseria świateł:  Marek Rydian
kierownictwo chóru:  Mariusz Otto
asystent dyrygenta:  Grzegorz Wierus

asystent reżysera:  Krzysztof Szaniecki
autorzy plakatu: Jacek Kaliński, Michał Stankiewicz




niedziela, 19 maja 2013

Opowieści czującego ciała. „Erna Rosenstein. Organizm” w Galerii Art Stations




Art Stations Foundation uczciła setną rocznicę urodzin Erny Rosenstein wystawą „Erna Rosenstein. Organizm”. Tytułem Organizm opatrzony jest także obraz artystki z 1968 roku, w którym ciało przedstawione zostało jako maszyna. Nie jest to jednak wizja mechanicznego tworu pozbawionego humanistycznego pierwiastka. Ciało (co więcej – ciało kobiece) jako skomplikowany mechanizm pracujący na styku natury i imaginacji jest motywem przewijającym się w całej ekspozycji. Składają się na nią obiekty z archiwum syna artystki – Adama Sandauera, a także prace z kolekcji Grażyny Kulczyk oraz wielu innych muzealnych i prywatnych zbiorów.


Na parterze zgromadzono obrazy z późnych lat 60-tych w których dominują sensualne formy przypominające wijące się organy, miękkie zaokrąglenia i zakamarki ludzkiego ciała. Soczyste pomarańcze i gorące czerwienie wnętrzności, kontrastują z chłodnymi błękitami i beżami zewnętrznej powłoki czy też kostnego szkieletu. Wizualne, organiczne metafory przypominają niezidentyfikowane formy wypełniające dzieła Yvesa Tanguy’ego. Blisko im także do cielesnych konstelacji rysunkowych Hansa Bellmera, choć w odróżnieniu od Bellmera, erotyzm Rosenstein jest o wiele bardziej wysublimowany i niedosłowny.

Abstrakcyjnie potraktowane fantazmatyczne ciało przedstawione na kilku różnych płótnach, w pewien sposób zostaje ożywione w audiowizualnej pracy Anny Zaradny zatytułowanej Język. Medium malarskie przetłumaczone zostało tu na zupełnie inny porządek symboliczny jakim jest kompozycja muzyczna (autorstwa Tekli Bądarzewskiej). Współpracę dźwięku i materii możemy zobaczyć zaglądając do studni stworzonej z drewnianej ramy i czarnego, aksamitnego worka. Na dnie znajduje się ekran wyświetlający substancję drgającą w rytm muzyki. Ten kinetyczny spektakl pokazuje rytmiczny proces funkcjonowania organizmu jako maszyny, której działaniem kieruje inny układ sił.

Na pierwszym poziomie w szklanych muzealnych gablotach zgromadzono asamblaże, które  Rosenstein tworzyła od lat 60-tych. Popsute mechanizmy, rozparcelowane torby, drewniane szkatułki, wypatroszone i zniszczone przedmioty zyskują nowe życie i nowe formy, odbiegające od ich pierwotnego przeznaczenia. Filigranowe organizmy przypominające kruche owadzie pancerzyki stworzone zostały z okruchów codzienności: kapsli, spinaczy, sreberek, papierków po cukierkach, drucików, guzików i sznurków. Zużyte ciała nędznych przedmiotów, którym pisane było śmietnisko, zamieniły się w twory ożywione osobistą historią i niepokojącą poetyką. Niekochane i z pogardą odrzucane śmieci zostały przez artystkę z czułością uformowane w delikatne, niemalże biżuteryjne struktury przypominające osobiste talizmany. Wprowadza to do zaciemnionego pomieszczenia atmosferę gabinetu osobliwości. Fascynacja surrealistycznym przedmiotem z całą mocą wybrzmiewa w przypadku telefonu, do którego przymocowano kacze łapy. Nasuwa się tu przede wszystkim skojarzenie z telefonem Salvadora Dalego z homarem  w miejscu słuchawki, ale także z przedmiotami Meret Oppenheim, wywołującymi zarazem ciekawość jak i obrzydzenie.


Ekspozycja dopełniona została przez filmy, które na wielu poziomach odwołują się do twórczości artystki. Możemy tu zobaczyć chaplinowską dystopię Modern Times, w której ukazana została zgubna fetyszyzacja przedmiotu taśmowej produkcji czy też magiczne i pełne symbolicznych przedmiotów Meshes of the Afternoon Mai Deren. Do historycznego osadzenia w dziejach historii sztuki skłania z kolei etiuda Mieczysława Waśkowskiego i Antoniego Nurzyńskiego Somnambulicy, o sztuce informelowej i jej surrealistycznej interpretacji. Z kolei ukazana w filmie Ursuli Mayer The Lunch in Fur kobieca dysputa na temat przedmiotu, gdzie obok Josephine Baker pojawia się Dora Maar i Meret Oppenheim, pozwala dostrzec jak wizja sztuki czerpiącej z podświadomości w wykonaniu Erny Rosenstein różniła się od tradycyjnej myśli surrealistycznej. Dotyczy to nie tylko samej artystki, ale także całej formacji jaką była druga Grupa Krakowska (inspirująca się do pewnego stopnia tradycją surrealistyczną), do której należała między innymi Jadwiga Maziarska, Jerzy Nowosielski czy Tadeusz Kantor.


Widmo Kantora krąży na trzecim poziomie galerii. Ekspozycja dzieł malarskich i drobnych szkiców została tu powtórzona za aranżacją stworzoną przez artystę w Zachęcie w 1967 roku. Obrazy Erny Rosenstein zgromadzono wokół szafy (obiektu pochodzącego z pracowni artystki) stanowiącej rodzaj epitafium. Na skrzydłach zamkniętej szafy znalazły się zasuszone kwiaty, monety, wycinki z gazet, ilustracje i inne drobne przedmioty oraz organiczne drobiazgi. Ich nawarstwienie powoduje, że mebel zaczyna prezentować się jako rodzaj niezwykłego pamiętnika, a sama forma przypominająca stelę wprowadza atmosferę przemijania. Rysunki, szkice i zapiski, składające się na proces dochodzenia do dzieła sztuki, zaprezentowano w konstrukcji ze spiętrzonych, wyłożonych czarnym materiałem pudełek. Z kolei zaprezentowany tu film Anny Molskiej to przegląd notatników artystki, któremu towarzyszy charakterystyczna dla lat 60-tych muzyka.






Niepokojąca i zmysłowa poetyka wystawy, która ociera się o surrealistyczną, fantazmatyczną perwersyjność, nasycona jest indywidualnym charakterem samej Rosenstein. Doświadczenie wewnętrzne wybrzmiewające w jej pracach nosi na sobie także piętno największego okrucieństwa XX wieku, stąd też pojawiający się w jej twórczości temat Zagłady. Nie pozwala to jednoznacznie odczytywać jej twórczości jako surrealistycznej, lecz raczej jako indywidualną i bardzo osobistą trawestację surrealizmu na prywatny, magiczny język w którym zaakcentowana jest przede wszystkim kobiecość (feministyczny wymiar wystawy podkreślony został przez same kuratorki) i dążenie do uzewnętrznienia osobistej historii. O tym, że sztuka była dla artystki równorzędnym, a może nawet przewyższającym słowo pisane środkiem do wyrażania ciążącej podmiotowości świadczy jeden z jej wierszy:

                                               Zamknęłam oczy – chcę widzieć
                                               Zatkałam uszy – chcę słyszeć.
                                               Wzięłam ołówek – niech mnie drogą prowadzi.
                                               Szukam słowa dla niemych.
                                               Chcę dotknąć.
                                               (W sobie samej wyjść z siebie, 1979)


Monika Kaczmarek


Erna Rosenstein. Organizm 18.05 – 01.09. 2013
Galeria Art Stations, Poznań, Stary Browar
Kuratorki wystawy: Dorota Jarecka, Barbara Piwowarska

piątek, 10 maja 2013

Długa Wiosna w Poznaniu - Wieczór Strawińskiego w Teatrze Wielkim



Po męczącej zimie wreszcie zawitała do Polski i Poznania wyczekiwana wiosna wraz z całą dynamiką przeobrażeń stanów pogody, ziemi i emocji. Nowej nadziei nie wypada nie świętować, dlatego szczególnie warto zwrócić uwagę na operową fetę, nie tylko z okazji triumfu tej pory roku ale i chęci uczczenia dzieła oraz legendy wielkiego rosyjskiego kompozytora, Igora Strawińskiego.

Festiwal Wiosny organizowany przez Fundację Nuova w współpracy z Teatrem Wielkim, jest w tym roku zupełnie inny niż podczas siedmiu ostatnich edycji. Przestajemy się spieszyć i rozpościeramy wiosenną aurę nad znaczącą częścią roku. Poznańska wiosna zakończy się dopiero 29 listopada.


Stacja Poznań Główny miała przyjemność uczestniczyć w premierowym Wieczorze Strawińskiego 27 kwietnia, który to dla każdego pasjonata operowych klimatów był prawdziwą ucztą złożoną z dwóch dań.
Zaserwowano dwie odmienne estetyki, tradycyjną i zachowawczą oraz wielce kontrowersyjną, patrząc na historyczne uwarunkowania twórczości kompozytora.

Sofokles będący zmorą (lub nie) licealistów, stał się także przedmiotem kompozytorskich uniesień Igora Strawińskiego. Król Edyp to opera-oratorium w jednym akcie, surowa oszczędna oraz... Niezwykle rzadko wystawiana. Napisana w 1925 roku jest wynikiem wstecznej introspekcji autora, której oddawał się w tamtym czasie, powstała jako prezent dla zaprzyjaźnionego ze Strawińskim mecenasa sztuki Sergiusza Diagilewa.  Neoklasyczna partytura dzieła daje szanse zaistnieć solistom  ale także obfituje w sceny zbiorowe i komentarz chóru. Tylko nietypowa postać narratora zachowuje pełnoprawny kontakt z widzem, jest on łącznikiem pomiędzy chwilą obecną a zaprzeszłym intensywnym, choć kamiennym mistycyzmem akcentowanym przez język sztuki.

Poznańska interpretacja Jacka Przybyłowicza, który na co dzień zajmuje się tworzeniem choreografii,(dyrektor baletu Teatru Wielkiego) anonsowana była jako szansa na nową jakość zajmującą miejsce w jednym szeregu z największymi światowymi realizacjami. Czy udało się tego dokonać wokół libretta autorstwa Jeana Cocteau (przetłumaczonego na język martwy przez Jeana Danielou)? Trudno stwierdzić jednoznacznie - z pewnością świeżością są wplecione spodziewane elementy baletowe, które jednak czasem mogą zaburzać czytelność dzieła, poprzez niedookreśloność artystycznej dominanty.

Warto skupić się jednak na błyszczących tego wieczoru solistach.

Jacek Laszczkowski jako Edyp jest zdecydowanie moim faworytem mimo skromności estetycznej tej postaci, popisuje się plastycznym, antycznym obłędem. Jokasta w interpretacji Agnieszka Zwierko jest postacią monumentalną, wysublimowaną, nieco chłodną mimo intensywnej krwistej barwy sukni nie jest dla mnie tak ekspresyjna jak świetnie grający i popisowo śpiewający chociażby w otwierającej arii Laszczkowski. Wokalnie trudno zarzucić cokolwiek artystce, dysponuje głosem o obszernej skali i niezawodną techniką śpiewu, ale trudno było jej znaleźć wspólną płaszczyznę z moim wyobrażeniem tej postaci. W roli Kreona nie wyobrażałbym sobie kogokolwiek innego niż Jerzego Mechlińskiego i również tym razem mocne aktorstwo i wspaniała barwa tego solisty świetnie wpisują się w tę postać.




Bardzo dobrze spisał się chór Teatru Wielkiego - artyści mieli okazję popisać się dużą precyzją. Orkiestra również grała bez istotnych wpadek, dyrygowana przez maestro Gabriela Chmurę.

Minimalizm zdefiniował dekoracje Edypa, podobnie rzecz się ma z kostiumami. Dominującym elementem była amfiteatralna widownia, na której zasiadali śpiewacy w w towarzystwie ksiąg, które z jednej strony przypominały nieco zaprojektowane w Poznaniu Blue Bloki w ramach ekspozycji rodzimego wzornictwa Designed for Poznan, a znalazły także zastosowanie w układach choreograficznych i gestach dramaturgicznych.



Podczas drugiej części wieczoru taniec był zdecydowanie środkiem dominującym gdyż obejrzeliśmy balet Święto Wiosny - jedno z najbardziej kontrowersyjnych dzieł Igora Strawińskiego, szczególnie z punktu widzenia mu współczesnych, dziś stało się legendą, kiedyś było niezrozumiałą awangardą. Publiczność nie mogła przebrnąć przez konstrukcję muzyczną, a przede wszystkim była zdruzgotana reinterpretacją tańca baletowego jakiej dokonał choreograf Wacław Niżyński. Święto Wiosny ma trzech ojców, oprócz muzyki Strawińskiego i projektu ruchu Niżyńskiego, najsłabiej zespoloną z niezbędnym kodem genetycznym częścią czyli librettem zajął się Nikołaj Roerich, który osadził ostatecznie dzieło w ruskim rytuale dnia wiosny.


Dzieło przez lata docierało do widzów, którzy musieli do niego dojrzeć, można powiedzieć, że Święto Wiosny w 1913 roku otworzyło wrota muzyki nowoczesnej, ale bano się w nie na dobre wejść. Jak balet ma się w swoje stulecie?

Choreograf, Paul Julius starał się zdemontować i złożyć dzieło na nowo przenikając przez wszystkie warstwy sztuki, dużą wagę przykładając do wydźwięku libretta, przy czym wydźwięk jest dobrym określeniem dla braku tradycyjnej fabuły - to innowacyjna barwa muzyczna i  ruchowa tworzy ponadczasową jakość sceniczną Święta Wiosny. 



Pomimo artystycznej i gimnastycznej perfekcji nie taniec jest dla mnie najważniejszą cechą tego wydania baletu, choć przecież powinienem zwrócić uwagę na finezję postaci, zwłaszcza Shino Sakurado jako Ofiarowanej i męskiej roli Gento Yoshimoto. Czasem jest tak, że oko zapamięta może nie to co trzeba, ale na pewno to co chce i tym razem była to warstwa rozwiązań scenograficznych. Damsko - męska gra natury była przepięknie podkreślana przez grę swiateł reżyserowaną przez Marka Heinza, wspaniale układały się one na zminimalizowanych dekoracjach, ciałach tancerzy i przede wszystkim prowadziły równoległy kluczowy szlak symbolicznej narracji żywiołów wody i ziemi.

Ze względu na długość tegorocznej Wiosny w Poznaniu polecam szczególnie przyjrzeć się ofercie Teatru Wielkiego - legendarny balet Strawińskiego, o którym pisałem, zawita w jeszcze innych formułach, na obejrzenie i wysłuchanie których z pewnością warto znaleźć odrobinę czasu, gdyż wcale nie często można w naszym mieście obcować z imprezą o takim stopniu pochwały i szacunku ale także odwagi w odniesieniu do arcydzieła.

Jędrzej Franek