Get the flash player here: http://www.adobe.com/flashplayer
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kino. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 sierpnia 2014

Trzeci dzień filmowego transu - co obejrzeć dziś wieczorem?


Jeżeli trzymacie przed sobą program Festiwalu transatlantyk i nie wiecie za bardzo jaką filmową pozycję wybrać na niedzielny wieczór, to spieszymy z pomocą - oto nasze propozycje.

W sobotę zafundowaliśmy sobie nieco horroru w wersji nie do końca żywej - Kino Klasy B i inne szaleństwa, to blok, który szczerze polecaliśmy jeszcze przed rozpoczęciem tegorocznego Transatlantyku. Wczoraj w Kinie Muza można było dogłębnie zapoznać się z genezą i ewolucją filmów o zombie, a także posłuchać siedzącego za plecami widzów Tomasza Knapika, który pełnił rolę lektora podczas projekcji filmu Re-animator. Dziś dalszy ciąg cyklu i uczta dla fanów klasyki gatunku: Świt żywych trupów w reżyserii George'a A. Romero.

Seans o godz. 22.30 w Kinie Muza

Dla tych, którym tego rodzaju emocje nie są niezbędne, z pewnością atrakcyjną propozycją będzie czeski wieczór w urokliwym Raju na Śródce. Odwiedziliśmy już to wyjątkowo kameralne kino przylegające do unikalnego lokalu serwującego kawę dla odważnych smakoszy i niezwykle podoba nam się to miejsce (również ze względu na potencjał rewitalizacyjny dla tego fyrtla). Dziś w Raju serwują czechosłowacką komedię Wsi moja sielska, anielska w reżyserii Jiříego Menzla, a autorem scenariusza do filmu jest Zdeněk Svěrák.

Seans o godz. 20. w Raju przy ul. Śródka 3



Pamiętacie kino rowerowe z poprzednich edycji Festiwalu? Teraz coś dla siebie znajdą również miłośnicy również innych sportów, gdyż wspomniana sekcja uległa rozszerzeniu. Pomimo tego proponujemy Wam dzisiaj jednak wsiąść na filmowy rower i zagłębić się w barwne życie jednego z najwybitniejszych kolarzy w historii tego sportu - Marco Pantaniego. Mamy nadzieję, że wyczekiwany dokument o popularnym Piracie nikogo nie zawiedzie.

Seans o godz. 22.30 w Multikinie 51


Jędrzej Franek


piątek, 4 października 2013

MANHATTAN SHORT Film Festival


MANHATTAN SHORT Film Festival to nowojorski,  międzynarodowy i największy na świecie festiwal filmów krótkometrażowych. Poznański pokaz, którego współorganizatorem była Fundacja Ad Arte odbył się 2 października w kinie Rialto.

Mimo, że był to środek tygodnia, a termometr wskazywał niewiele ponad 3 stopnie, kino zapełniło się widzami.  Przed rozpoczęciem seansu każdy otrzymał kartę do głosowania dzięki czemu publiczność festiwalu mogła oddać swój głos na jeden z dziesięciu finałowych filmów, a także najlepszego aktora festiwalu.

MSFF ugościł swoich widzów różnorodnością wzbudzając w publiczności skrajne emocje. Trzymał w napięciu podczas oglądania filmu Friday, w którym Seb Edwards ukazał historię młodego mężczyzny próbującego pogodzić się z utratą matki w rok po zamachu terrorystycznym w Londynie. Bawił,  podczas emisji australijskiego #30 , francuskiego No Comment czy Do I Have to Take Care Of Everything? przedstawiającego niefortunny i chaotyczny poranek pewnej rodziny.





Nicholas Mason, założyciel i dyrektor festiwalu  zauważył, że celem Manhattan Short Film Festival jest nie tylko odkrycie i promowanie nowych talentów, ale przede wszystkim łączenie społeczności za pośrednictwem opowieści z całego świata. Wśród tegorocznych finalistów znalazły się obrazy z Australii, Finlandii, Francji, Irlandii, Wielkiej Brytanii i USA.

Jednym ze zwycięskich tytułów był przejmujący obraz  Pale of Settlement. Reżyser amerykańskiego pochodzenia, 22- letni Jacob Sillman opowiedział widzom historię 10-letniego żydowskiego chłopca imieniem Moische, uciekającego przed przymusowym wcieleniem do rosyjskiej armii podczas wojny na Krymie. Inspiracją do stworzenia filmu stała się opowieść matki Jacoba o jego pradziadku uciekającym przed poborem do armii podczas rosyjskiej wojny domowej. 




Niebanalną i ponadczasową historię miłosną, która skradła niejedno serce przedstawiono w Kizmet Diner. Autor Mark Nunneley za pomocą obrazu udowodnił, że prawdziwa miłość nie potrzebuje wielu słów, a w zwykłej jadłodajni mogą dziać się rzeczy magiczne

Po raz kolejny stali widzownie mieli okazję obejrzeć poklatkową sentymentalną animację  Irish Folk Furniture wyświetlaną choćby podczas tegorocznej edycji Future Shorts Summer Season w kinie Rialto. To ciepły i urzekający film o tym jak zniszczone i zapomniane meble wracają w nowej odsłonie pod pierwotny adres. Inną animacją podczas tegorocznej edycji MSFF jest Faces from Places. Francuz, Bastien Dubois w 9 minutowym filmie ukazuje portret Moskwy, Pakistanu i Quebecu widziany oczyma podróżującego rysownika.  Genialny portret społeczeństwa przedstawił widzom Ken Urban. W  filmie I Am Big Ball of Sadness pokazał co tak naprawdę chcemy powiedzieć prowadząc niezobowiązującą pogawędkę. 



Wiele emocji podczas festiwalu wzbudził także dramat  Black Metal.  Amerykanin Kat Candler najpierw zabrał widza na koncert black metalowego zespołu by po chwili ukazać miejsce brutalnej zbrodni jakiej w imię wspomnianej muzyki dokonał nastolatek. Film stara się wskazać różnicę między wizerunkiem artysty na scenie i jego życiem poza nią. Pokazuje jak trzydziestoletni muzyk, mąż i ojciec zmaga się z poczuciem winy za tragiczne i bezsensowne morderstwo zainspirowane jego muzyką.


Do końca tygodnia produkcje zostaną wyświetlone w ponad 300 miastach na sześciu kontynentach i ocenione przez widzów zebranych w kinach, galeriach czy na uniwersytetach. Ta chwilowa uroczystość przynosi nie tylko wspaniałe szorty, ale jednoczy publiczność na całym świecie pozwalając wybrać swój ulubiony film. One World One Week One Festival. Z niecierpliwością czekamy na kolejną edycję. 

Agata Śliwińska


czwartek, 29 sierpnia 2013

Future Shorts Summer Season 2013

Schyłek lata, a konkretnie koniec sezonu wakacyjnego to ostatni moment na to by wybrać szorty. Te szorty, które regularnie możemy oglądać w kinie Rialto są jednak wyjątkowo uniwersalne i nadają się na każdą pogodę. 

Edycję zimową możecie pamiętać z naszego materiału filmowego, pierwszego w historii Stacji, w którym o tym projekcie i innych inicjatywach multimedialnych opowiadała Weronika Drzewińska z Fundacji Ad Arte. Odświeżając sobie spłodzony przy tamtej okazji tekst muszę stwierdzić, że zmieniło się chyba niewiele, ale to dobrze. Wciąż zainteresowanie krótkim, starannie wyselekcjonowanym i uznanym na świecie filmem krótkometrażowym jest w Poznaniu duże. 

Po raz kolejny Future Shorts miało swoją premierę w wyjątkowym kinie na Jeżycach, starym, skrywającym się za charakterystycznym neonem z dawnych czasów lecz inwestującym w nowe technologie. 

21 sierpnia publiczność obejrzała w Rialto pakiet sześciu filmów - zwycięskich tytułów m.in Sundance Film Festival, British Independent Film Award, czy T-Mobile Nowe Horyzonty. Pierwszym z nich był potencjalnie najbardziej znany Boneshaker, z rolą nominowanej do Oscara z Bestie z połudiowych krain Quvenzhané Wallis. Film Frances Bodomo jednak niczym mnie nie zaskoczył, był dosyć irytujący i wysilony, ale pewnie ilu ludzi tyle opinii. 


Potencjalnie najlepszy film, okazał się dla mnie najgorszym tego wieczoru, gdyż pozostała piątka szortów, choć niezwykle różnorodna, zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Następowała oscylacja pomiędzy ciepłymi motywami, lirycznością i mrocznymi zakamarkami duszy człowieka. Dynamiczna utrzymana w konwencji klipu La huida, czyli opowieść o gumie do żucia, przekrzywionej sygnalizacji świetlnej i kilku innych zazębiających się motywach, dostarcza naprawdę dobrej, skondensowanej rozrywki. Świetny był też ciepły Irish Folk furniture, czyli wzruszająca opowieść o... Meblach. Precyzyjna poklatkowa animacja dodaje filmowi bajkowości i czyni naprawdę wyjątkowym, żywym. Wraz z The Hidden Smile wkraczamy w strefę mroku i świata ludzi gorszych, choć przecież takich samych jak my, afrykańskich dzieci pozornie skazanych na śmierć już w momencie urodzenia, którym los zabrał rodziców i skazał na życie i drapieżnictwo w szarej miejskiej dżungli. Film poruszający, ale także dający pewną nadzieję, pogłębiającą wiarą w potęgę i konieczność socjalizacji, redukcji smutku przez kontakt z drugim człowiekiem.  Ventura Durall, reżyser, wierzy w nasze naturalne dobro, bez względu na to jak głęboko jest ukryte.





Dwa filmy wydają mi się jednak w bardzo różny sposób najlepsze i je zostawiłem na koniec. Pierwszy to technicznie trudny w odbiorze (produkcja islandzka) The Pirate of Love, wybitnie nie aktorski, ale doposażony w klimatyczne animacje film o miłości i muzyce. Bohater, Daniel C., nagrywa amatorski album dla tajemniczej ukochanej. Nie wiemy dokładnie kiedy, nie wiemy na pewno kto i dla kogo. Słychać jedynie autorskie nagrania piosenek domniemanego kierowcy ciężarówki, ubrane w niepotwierdzone legendy. Film na swój sposób niezwykły.

Tutaj nieco o filmie w innej wersji językowej: http://www.shortoftheweek.com/2013/06/04/the-pirate-of-love-vol-1/

Świetny, być może najlepszy jest też Volume Mahalii Belo. Tytułowy dźwięk i manipulacja nim jest dla treści i samego bohatera wszystkim - miłością, iluzją, rzeczywistością i zaprzeczeniem. Doskonale zagrana i interesująco sfilmowana produkcja jest chyba najdojrzalsza z całej szóstki, choć nie porusza żadnych dziewiczych tematów kinematografii.


Future Shorts rusza teraz w Polskę, ale tradycyjnie wystartował w Poznaniu, z tego się cieszymy. Czekamy na następną edycję


Jędrzej Franek

sobota, 16 lutego 2013

Kultura w kieszeni - trzy aplikacje mobilne, na które kulturalny poznaniak powinien zwrócić uwagę


Pisałem już o aplikacjach mobilnych, czas leci nieubłaganie, choć wydaje mi się jakby to było wczoraj. Pora na małą aktualizację, choć tym razem nie poruszam tematu aplikacji stricte poznańskich, ale takich które wyróżniają się w sensie globalnym. Udowodnię to jak trudno wciąż o optymalne oprogramowanie na sprzęt, który nosimy zawsze przy sobie - jeżeli interesują nas kultura, zabytki, turystyczne atrakcje. Rzetelny rozwój poparty wytężoną pracą deweloperów nastąpił w świecie filmu (a właściwie Filmwebu) i tam notujemy najpoważniejszy rodzimy mobilny sukces mieszczący się w tematyce Bloga.

Znów skupiamy się na dwóch najważniejszych systemach operacyjnych: Android i iOS. Windows Phone'a trzeba sobie odpuścić, jeżeli poszukujemy jakichkolwiek aplikacji wartych uwagi w naszej dziedzinie.

Aplikacja Filmwebu, która zadebiutowała na iPhone'ach i jego braciach większych już jakiś czas temu, a zupełnie niedawno zawitała na najpopularniejszą platformę, czyli Androida,  można okrzyknąć jedną z najlepszych polskich aplikacji sezonu 2012/13. Polacy mogą być z niej dumni i tak samo jak Filmweb jest uważany za jednego z najlepszych agregatorów treści i gustów filmowych w tradycyjnej sieci, tak w świecie mobilnych aplikacji dedykowany portalowi program miażdży konkurencję. Nawet słynny IMDb może nam zazdrościć tego projektu. Kieszonkowy Filmweb jest  niesamowicie dopracowany, funkcjonalnie nie brakuje mu niczego względem webowej wersji, a w pewnym sensie jest od niej nawet wygodniejszy! Praktycznie wszystkie funkcje 'dużego' Filmwebu mamy pod kciukiem, bardzo dobrze pomyślane jest chociażby przeciągane z lewej krawędzi kompletne menu, dostępne z każdego miejsca serwisu. 


Błyskawicznie przejrzymy i ewentualnie ocenimy polecane nam filmy oraz kalendarz planowanych premier czy aktualny repertuar kin (poznańskie multipleksy i kina studyjne? Obecne.), które możemy ułożyć w listę ulubionych. Podobnie jest oczywiście z serialami i innymi programami TV - tutaj dodatkowo nasze stacje zorganizowane są w swego rodzaju oś czasu, wiemy kiedy i na jakiej stacji będzie program, który może nas zainteresować. Dla kogoś kto przesiaduje przed telewizorem dłużej niż ja, to naprawdę wygodne rozwiązanie. Wygodę obsługi tej aplikacji trzeba poczuć. Przekonać się na własne oczy, że nie razi siermiężnymi rozpikselowanymi grafikami jak niektóre podobne twory, działając przy tym naprawdę gładko i szybko. Polecam poznańskim kinomaniakom.



Zmieniamy nieco kategorię i przechodzimy na wyższy poziom ogólności. Sporą popularność zdobył sobie portal Polska Niezwykła, co skłoniło twórców do wypuszczenia aplikacji mobilnej (w wrześniu na iOS, a w grudniu na Androida). By przedstawić w skrócie zamysł działania serwisu, należy napisać, że skupia się on na stworzeniu kompletnej mapy interesujących miejsc w całej Polsce. Pomysł dość szalony, jeżeli podejść do sprawy poważnie, staje się bardziej realny gdy zaprzęgniemy do pracy poszczególnych użytkowników, którzy będą uzupełniali bazę interesujących lokalizacji we własnych miejscowościach. Patrząc na zaskakująco dużą bazę miejsc, przy czym każde (przynajmniej w Poznaniu) jest wyczerpująco obfotografowane, zdaje się, że pomysł wypalił. O ile sam serwis raczej średnio mi się podoba i nie oferuje nic spektakularnego (a proponowane do ściągnięcia miniprzewodniki na siedem pozycji, są wręcz żałosne), to zamknięcie tej idei w aplikację przeznaczoną na sprzęt kieszonkowy jest najlepszym co mogło spotkać ten projekt. 


Obiekty są znajdywane na podstawie naszego ustalonego przez GPS położenia, lub manualnie wpisując interesującą nas lokalizację. Następnie wyświetla się lista z wieloma (w Poznaniu) miejscami, które warto zobaczyć według twórców lub innych użytkowników, których propozycje zostały dodane do bazy. Najpierw wyświetlane są miejsca, do których mamy najbliżej, niestety jest to tylko pozornie dobre rozwiązanie - propozycje nie są układane według racjonalnego szlaku, a jedynie na podstawie koncentrycznej siatki odległości, której centralnym punktem jesteśmy my sami. 


Oczywiście (i na całe szczęście) dysponujemy wbudowaną mapą, na której możemy śledzić podawane lokalizacje, ale nie zmienia to faktu, iż aplikacja nie umożliwia nam prostego i logicznego mechanizmu planowania zwiedzania (Nie ważne czy kilometr w tę czy w tamtą, ważne, że kilometr - z tego założenia wyszli twórcy). Prawdę mówiąc, chyba żadna funkcjonująca w Polsce aplikacja tego nie umożliwia, opisuję więc tu niestety tylko wzór, do którego powinni dążyć deweloperzy. Polska Niezwykła, powinna wziąć sobie te rady do serca, bo jest na dobrej drodze do stworzenia kompletnego oprogramowania mobilnego dla miłośników zwiedzania, i to nie tylko niedzielnych turystów, gdyż sam dzięki bazie miejsc PN, znalazłem parę naprawdę ciekawych lokalizacji w naszym mieście. Brakuje jednak czegoś jeszcze...

Nie brak tego kolejnej aplikacji a mowa tu o dobrze skrojonym designie interfejsu. Zabytki w Polsce to bardzo świeża aplikacja dostępna na Androida od końca ubiegłego roku, jej patronem jest Narodowy Instytut Dziedzictwa. Nie przesadzając powiem, że to jedna z najładniejszych aplikacji w tej kategorii, ze wszystkich, które dostępne są w Google Play. To bardzo duży komplement. 


Zalety nie kończą się na walorach wizualnych, gdyż interefejs jest dobrze rozplanowany, wszechobecne jest tu swypowanie ekranów i ich zawartości, twórcy chcieli chyba zminimalizować ilość przycisków i dobrze, choć tutaj też dopatrzyłem się mimo wszystko małych uchybień. Brakuje nieco filmwebowej instynktowności, być może przydałaby się po prostu panel menu wyciągany z lewej strony w każdym miejscu aplikacji - tak najłatwiej rozwiązuje się problemy z automatyzmem obsługi. Nieporozumieniem są też zaimplementowane mapy, na których otagowane są omawiane lokalizacje - w dzisiejszych czasach, najlepszym i uczciwie mówiąc, najłatwiejszym rozwiązaniem jest pełna integracja z Mapami Google'a, a nie jakieś eksperymenty.


Najsmutniejsze jednak zostawiłem na koniec, bo póki co chyba wydaje się, że Zabytki w Polsce są konkurencyjne względem poprzedniej aplikacji - nic bardziej mylnego. Baza miejsc, które proponuje nam program, budzi litość, ale jednocześnie wywołuje złość - jak można było zmarnować tak piękną aplikację. Krótko mówiąc: Poznań według ZwP zaczyna się i kończy na Starym Rynku, zahaczając jeszcze nieśmiało o Ostrów Tumski i Plac Wolności. Wszystkie informacje są podane bardzo ogólnikowo. W tym momencie jest to fakt całkowicie dyskwalifikujący.

Zrobić dobrą aplikację mobilną nie jest łatwo. Boleśnie przekonują się o tym niestety wciąż często polscy twórcy. Stosunkowo rzadko mamy do czynienia z produktem przemyślanym od stóp do głów, ładnym, stabilnym i funkcjonalnym. Aplikacja przydatna dla kulturalnego ja siedzącego w każdym z nas to już nie lada gratka, na szczęście zdarzają się takie perełki jak smartfonowy Filmweb, już teraz doceniony przez użytkowników (w Google Play w pierwszej trójce najpopularniejszych i najlepiej ocenianych nowych aplikacji). Jeżeli jednak nie chcemy się zawężać do świata kina, wybór jest bardzo utrudniony. Z naszej poznańskiej perspektywy, najlepszym globalnym przewodnikiem poznańskim mogłaby stać się mobilna Polska Niezwykła - gdyby scalić jej bogatą bazę danych (sukcesywnie ją dopieszczając) z interfejsem i przystępnością graficzną tej ostatniej (Zabytki w Polsce), to mielibyśmy chyba ideał. No prawie...

Jędrzej Franek


poniedziałek, 7 stycznia 2013

Zawłaszczyć cudzą tożsamość czyli czym syci się sztuka filmowa. Recenzja „Holy Motors” Léosa Caraxa



U Léosa Caraxa struktura filmu jest prosta i powtarzalna. Co więcej – sam stwierdził w jednym z wywiadów, że nawet dziecko byłoby w stanie pojąć Holy Motors. I rzeczywiście, mamy tu do czynienia z bardzo prostym schematem: zadanie i wykonanie zadania. I tak jeszcze z dziewięć razy. Cóż więc w tym filmie takiego niezwykłego, co zelektryzowało publiczność w Cannes i zachwyciło uczestników 13. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty? Europejska krytyka, porównując Holy Motors do Ulissesa, a po drodze jednym niemalże tchem do wielu współczesnych dzieł literackich, pisze o filmie francuskiego reżysera jako o postmodernistycznym. Zaskakujące? Moim zdaniem, określenie Holy Motors najbardziej zdewaluowanym i nic konkretnego nie mówiącym słowem wszech czasów w ogóle nie pozwala uchwycić jego wartości, choć oczywiście jest bardzo wygodne i być może jeszcze na niektórych robi wrażenie.

Holy Motors to refleksja na temat samej sztuki jaką jest film – analizuje możliwości i strategie jakimi posługuje się twórca (zarówno reżyser jak i aktor). Ten autotematyzm przypomina 8 ½ Felliniego, gdzie główny bohater – reżyser Guido zmaga się z twórczą impotencją, czy Stardust Memories Allena, w którym przegląd twórczości reżysera Sandy'ego Batesa daje mu asumpt do rozważań nad własnym życiem. W początkowych sekwencjach filmu Caraxa widzimy obrazy przypominające pierwsze doświadczenia około kinematograficzne Eadwearda Muybridge'a.  Wrażenie pędu i wirowania, jakiemu poddaje się widz w czasie projekcji zapowiedziane zostało  właśnie w tym prologu odnoszącym się do początków kinematografii. To tylko jeden z tropów, które pozwoliły mi stwierdzić, że Holy Motors jest filmem autotematycznym. Ruchome fotografie, dokumentujące klatka po klatce ruch człowieka pokazywane są na zmianę z salą kinową pełną uśpionych ludzi, a przecież śpiący widz, to jak by nie było – największy koszmar reżysera. Zapewniam jednak, że dźwięk motorów Caraxa i kalejdoskop niesamowitych historii jakie stworzył nie pozwoli Wam zasnąć. A nawet jeśli nie porwie Was sama fabuła rozbita na kilkanaście różnych wątków, to brak ten zrekompensują nasycone, energetyczne zdjęcia za które Caroline Champetier otrzymała Srebrną Żabę podczas 20. Plus Camerimage w Bydgoszczy. Ich estetyka to wysublimowana gra pomiędzy pięknem i intrygującym okrucieństwem.


Monsieur Oscar (Denis Lavant) – mąż i ojciec gromadki dzieci, właściciel pięknej modernistycznej willi i kilku luksusowych aut jak co rano wybiera się do pracy polegającej na wykonywaniu tajemniczych zleceń na mieście. Biała limuzyna – wehikuł prowadzony przez asystentkę Oscara – Céline (Edith Scob) przemierza Paryż, a w jej wnętrzu główny bohater dokonuje kolejnych metamorfoz przyjmując cudze tożsamości wraz z całym bagażem życiowych doświadczeń. Proces ten jest pokazany w filmie jako usilna próba nadania sensu swojemu własnemu ustabilizowanemu, a jednak wypełnionemu pustką życiu. Oscar jako bardzo bogaty człowiek może sobie pozwolić na ekscentryczne zachcianki i egzotykę bycia przez chwilę kimś innym. Na chłodno i z profesjonalnym spokojem odczytuje wytyczne do kolejnych zleceń, niczym aktor przygotowujący się do nowej roli. Kiedy nadchodzi chwila właściwej metamorfozy, następuje eskalacja uczuć – wściekłości, nienawiści, namiętności, rozpaczliwej miłości czy żalu. Każde z nich to jednak kolejna złuda odegrana w tym fantasmagorycznym teatrze. Oscarem kieruje wiecznie powracające pragnienie przeżycia czegoś głębokiego, które jednak nie może być zaspokojone. Szaleństwo w Holy Motors polega na obłędnym manipulowaniu własną świadomością po to, by czerpać przyjemność z uczucia niespełnienia, zawodu czy rozczarowania uzyskiwanego poprzez przejmowanie cudzej biografii.

Wielopłaszczyznowa fikcja jest tu tak realna, że staje się przekonująca, stąd też wszechobecna atmosfera niezwykłości będąca efektem zatracenia wyraźnej granicy pomiędzy tym, co realne a tym, co wyobrażone. Oglądając film właściwie nie mamy pewności, która z przedstawionych rzeczywistości jest tą właściwą i czy takowa w ogóle istnieje. Tutaj nawet śmiertelne strzały, rany zadane nożem i skok z dachu budynku nie są prawdziwe, choć wydają się tak konwulsyjnie i doskonale rzeczywiste.

Léos Carax bawi się konwencjami kina gatunkowego, a każdemu epizodowi w filmie odpowiada inna poetyka. Wszystko to tak skutecznie dezorientuje widza, że nie sposób przewidzieć czym za chwilę zostaniemy zaskoczeni. Na dodatek francuski reżyser uruchamia rozmaite konteksty, włącza intertekstualne gry, wplatając w to wszystko współczesne zjawiska i ikony. Przy całym tym żonglowaniu gatunkami i odniesieniami jest to film niezwykle refleksyjny, ocierający się o granice szaleństwa jak i przejmującego smutku. Być może właśnie dlatego miałam wrażenie, że Holy Motors to gorzka, autokrytyczna konstatacja na temat współczesnego kina, w którym króluje powtarzalność schematów i gdzie w nieskończoność cytuje się pewne frazy podczas gdy widz usypia nad straconymi scenariuszami.

Pozwólcie, że na koniec podzielę się z Wami moim zachwytem nad wspaniałym Denisem Lavantem, który z Caraxem współpracuje od czasów jego debiutanckiego filmu Boy Meets Girl, choć na co dzień aktor związany jest raczej z teatrem. Wcielanie się w poszczególne role przychodzi mu z taką łatwością jak kreowanemu przez niego bohaterowi, a jego charakterystyczna twarz i mimika sprawia, że każda z metamorfoz elektryzuje widza niesamowitym naturalizmem. A tutaj scena, która mnie osobiście zachwyciła najbardziej:

           
dystrybucja: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty, 
premiera światowa: 23. 05. 2012, 
polska premiera: 11. 01. 2013, 
występują: Denis Lavant, Edith Scob, Eva Mendes, Kylie Minogue, Leos Carax i inni.


Monika Kaczmarek

sobota, 5 stycznia 2013

Tolkien w 3D, 4K i dwa razy szybciej


Wielu fanów kina i jeszcze więcej miłośników fantastyki czekało na od dawna zapowiadana premierę kolejnego filmu rodem ze Śródziemia. Ci pierwsi, którzy nie należeli również do tych drugich, byli najbardziej ciekawi tego jaki postęp dokonał się w technice komputerowo generowanych efektów specjalnych, natomiast ci drudzy czekali raczej na możliwość skrytykowania odstępstw adaptacji od książkowego pierwowzoru...

Oczywiście nie wszyscy, ale gro internetowych komentarzy odnośnie nowego filmu Petera Jacksona koncentruje się na przeinaczonej w filmie treści książki, nieścisłościach, choć byli też tacy, którzy podeszli do sprawy bardziej elastycznie ipo prostu cieszyli się kolejnym, bez wątpienia dobrym (choć nie doskonałym) filmem o przygodach hobbita, przywdziewając na okazję premiery kinowej kostiumy postaci z uniwersum stworzonego przez Tolkiena (sam widziałem w wyludnionej sali Kinepolis taką grupkę). Oczekiwania były ogromne, co ciekawe fanów najbardziej martwił fakt, że Hobbita wyreżyseruje znów ta sama osoba, gdyż spore nadzieje na nową jakość wiązano z osobą Guillermo del Toro, który jednak w zastanawiających okolicznościach zrezygnował z wypełnienia zadania w 2010 r.


Peter Jackson postawił na swoim i otrzymujemy produkt efektowny i przyjemny w odbiorze dla większości, ale kliszowy względem trzech filmów Władca Pierścieni - te same dynamiczne ujęcia 'w locie' oraz bezustanne przemieszczanie się bohaterów w celu wypełniania questów bardzo przypominają Drużynę Pierścienia. Nie da się także nie wspomnieć o uchybieniach scenariusza, które prawdziwych znawców twórczości Tolkiena przyprawić mogą chyba o zawrót głowy. Największym wrogiem naszej wesołej kompanii jest ork, który już nie żyje? Żaden problem. Krasnoludy mają poważny problem z zachowaniem wszelkich cech gatunkowych swoich książkowych pierwowzorów? (warto chociażby przytoczyć kluczową scenę starcia kompanii z Azogiem, gdyż tak naprawdę nie było żadnej bezpośredniej walki pomiędzy nim a Thorinem) O.K., wpadek jest całe multum, ale nie jestem tak wielkim fanem ani purystą świata Hobbita, by je wszystkie wyłapać (pozostawiam to ekspertom z forów fantastyki). Może i jestem kinowym troglodytą, ale w przypadku takich produkcji dla mnie zawsze na pierwszym miejscu będzie przyjemność odbioru dzieła jako całości (wybaczyłbym więc fabularne lapsusy), choć może biorąc pod uwagę estetykę wersji, którą oglądałem powinienem raczej użyć terminu rodem z czasopisma CD-Action, czyli 'grywalność'. 

48 HFR 3D. Pod takim enigmatycznym skrótem czai się koncepcja realizacji filmu, która miała być przełomowa dla kinematografii. No cóż, niestety dla mnie zabieg się nie powiódł i Peter Jackson drugim Mélièsem obwołać się nie może. Zwiększony do 48 klatek na sekundę framerate powoduje, że obraz jest wysterylizowany, przypominając czasem przydługą wyrenderowaną scenkę pomiędzy poszczególnymi etapami jakiejś gry przygodowej. Szczególnie daje się to we znaki, gwałcąc wręcz oczy widza brakiem realizmu w scenie napadu smoka Smauga na Erebor, kiedy twarze postaci wydają się być dolepione do całej pozostałej zawartości ekranu... Dużo głosów krytyki pojawiło się także w odniesieniu do przesadnie przyspieszonego ruchu postaci na ekranie spowodowanej przez podwyższony klatkaż - moim zdaniem jest to rzeczywiście widoczne, ale chyba jednak nie tak bezwstydnie jak to zdążył rozjątrzyć Internet. Efekty trójwymiarowe również nie zachwycają. Moim pierwszym skojarzeniem dla porównania ich jakości było zestawienie z... Bitwą Warszawską 1920. Przestrzenność jest tu bardzo uboga i dużo większe wrażenie zrobiła na mnie jedna z reklam tuż przed filmem niż to co miałem okazję zobaczyć później. Jedna szyszka lecąca z ekranu to trochę za mało by zakładać te komiczne okulary. Gdybym mógł wybrać jeszcze raz, nie skusiłbym się na marketingowe przechwałki i wciąż nieprzekonującą mnie technikę trójwymiarową.

Mimo iż wymieniam głównie wady filmu, który i tak przecież stanie się kasowym sukcesem (z Oscarami natomiast pewnie będzie gorzej), to nie żałuję tych 3 godzin (3 części po 3 godziny złożą się na ekranizację 300-stronnicowej książki). W moim odczuciu film broni się obecnością indywiduów pokroju Azoga, który powinien być co prawda martwy, ale jest postacią spektakularną, ekspresywnie złą. Klasą samą dla siebie jest też Andy Serkis jako Gollum - postęp techniczny dobrze zrobił temu bohaterowi, jest niesamowicie dynamiczny i znów niezawodnie obrazuje studium bardzo plastycznej schizofrenii. Doskonała jest też, jak można się było tego spodziewać, muzyka Howarda Shore'a z głównym motywem Song of the Lonely Mountain mruczanym przez krasnoludy a śpiewanym przez Neila Finna.



Gdybym wybrał wersję 2D, to...

Patrząc po poznańsku - oszczędziłbym też kilka złotych. Nie jestem sknerą, ale mam wrażenie, że polskie kina sieciowe od paru lat grają w grę, w którą w końcu muszą przegrać. Sieciówka, to coś co kojarzy się z przystępną ceną, czymś co przez brak ekskluzywności konkuruje zdroworozsądkowo ekonomicznie. Są od tej reguły przynajmniej dwa odstępstwa: poznańska sieciówka MPK i polskie kina jednoczące się pod wspólną marką Multikino lub Cinema City, ewentualnie Silverscreen, ale tego ostatniego w Poznaniu się nie uświadczy. Szanowni państwo, sprowadzając rzecz ad absurdum zwyczajnie w tej samej cenie student może wybrać się na regularny spektakl do opery! Nie chciałbym żeby zostało to odebrane przez odpowiedzialne osoby jako zachęta do podwyższania cen biletów w przybytkach oferujących kulturę wyższą, ale granica między tradycyjnie rozumianą ekskluzywnością i inkluzywnością zaczyna zanikać i wkraczamy do strefy Schengen gdzie ceny są zachodnioeuropejskie ale zarobki wciąż polskie. Dobre to dla wielbicieli teatru i opery, którzy nie uznają rozrywek gminu, czyli sobotniego wieczoru filmowego. Gorzej jeżeli ktoś, tak jak ja lubi obydwie formy kulturalnego spędzania czasu. Dlatego bezwzględnie Stacja Poznań Główny wspierać będzie rodzime kina studyjne, które pozwalają odetchnąć w czysto kinowej atmosferze a w dodatku nie drenują naszego portfela.

Miało być dziś też słówko o Kinepolis, ale to niestety okazuje się zbyt mało by opisać kondycję i historię tego miejsca, więc biorąc pod uwagę obszerność powyższego wywodu i ograniczoną cierpliwość uśrednionego czytelnika, postanowiłem poświęcić mu osobny artykuł, który już wkrótce.

Na koniec nacieszcie oczy pięknymi ilustracjami do jednego z rosyjskich wydań Hobbita.


Jędrzej Franek




piątek, 7 grudnia 2012

Porozmawiajmy o Polsce, czyli 'Pokłosie' w reżyserii Władysława Pasikowskiego




Ile to już było filmów o wojnie, Żydach i egzekucjach? Wiele. Dlaczego więc Pokłosie Pasikowskiego w drugiej dekadzie XXI wieku wzbudza aż tak wiele kontrowersji? Czy Polacy wstydzą się swojej historii? A może nie potrafimy odnaleźć się w roli kata skoro tak  często byliśmy ofiarami?

Gdy skończyła się ostatnia scena i Franciszek Kalina zapalił symboliczny znicz na niemniej symbolicznej, anonimowej mogile we wsi na końcu świata wiedziałam jedno – Polska Pasikowskiemu tego filmu nie wybaczy.  Problemem  bowiem nie jest  mord na okolicznych Żydach w stylu Jedwabne, a sam antysemityzm. Okazuje się, iż po wielu latach wciąż na Polskiej pipidówie kłębi się iskra nienawiści do osób wyznania mojżeszowego. Pokazanie takiej postawy dla większości Polaków jest nie do przyjęcia.

Maciej Stuhr i Ireneusz Czop w roli zwaśnionych braci doskonale przedstawili historię, którą przekazać chciał Władysław Pasikowski. Reżyserowi przyszło walczyć o nią przez ostatnie siedem lat, trudno było przecież znaleźć środki na tak kontrowersyjny film.

Dzięki Pasikowskiemu młody Stuhr na zawsze oderwał się od roli komediowego fircyka i niewątpliwie mylą się ci, którzy twierdzą, iż w Pokłosiu nie był wiarygodny, aktor ten chyba nigdy nie był bardziej przekonujący niż przez te niezwykłe 107  minut.

Osoby krytykujące Pokłosie, oprócz podważania wartości gry aktorskiej, mówią również, że to film  antypolski, stronniczy i nieprawdziwy. Nic bardziej bzdurnego. Po pierwsze twórcy przedstawili ludzi takimi jakimi są , nie wszyscy to źli, niebezpieczni antysemici, spójrzmy na wyżej wymienionych braci, czy chociażby na księdza proboszcza czy też młodą lekarkę. Pasikowski nie daje prostych, schematycznych wzorów, raczej posługuje się wymownymi gestami czy symbolami. Tutaj warto zwrócić uwagę na umywanie rąk czy też ukrzyżowanie. Świat nie jest czarno-biały, nie wszyscy podczas II Wojny byli bohaterami, a to jest właśnie ich historia tym bardziej uniwersalna, że miejsce akcji nie jest dokładnie znane, wiemy tylko, iż toczy się daleko od Warszawy, tam gdzie trudno dotrzeć, a wszyscy wiedzą o sobie wszystko.

A czy obecnie antysemityzm jest problemem faktycznym? Zdaje się, że tak skoro pod zwiastunem filmu, znajdziemy niewybredne komentarze pod adresem Żydów i sugestie, iż to oni stworzyli to dzieło. Fakt Edelman odpowiedzialny jest za zdjęcia do Pokłosia, ale przecież to nie on napisał scenariusz poza tym jego pochodzenie, wyznanie, czy światopogląd jest dla mnie kompletnie nieistotny.

Zanim więc zaczniemy wieszać psy na Pasikowskim skupmy się na czymś więcej niż sam temat, na walorach estetycznych. Niektórzy powiedzą kicz, ja natomiast jestem pewna, że Pokłosie to nasza najlepsza produkcja od dawna. Czekałam na Pasikowskiego i cieszę się, że ten film powstał. Już tak jest z tym twórcą, iż nie pozawala nam pozostać obojętnymi na swoje dzieła, a historia, która zdarzyła się m.in. w Jedwabne jeszcze długo będzie powodem do gorących dyskusji

Tymczasem zachęcam Was do zapoznania się z wywiadem z Maciejem Stuhrem:


i  pogodzenia się z myślą, że to tylko film.


Sandra Grobelna


wtorek, 20 listopada 2012

Future Shorts w Rialto



Przy okazji obecności Stacji na jesiennych Future Shorts w jednym z naszych ulubionych kin, pokusiliśmy się o publikację kolejnego artykułu w formie dwugłosu - po raz kolejny możecie zapoznać się z opinią zaprzyjaźnionego z PG Jana Byczkowskiego.

Hall Kina Rialto zapełniał się wieczorem 14 listopada stopniowo, ale już na kilka minut przed rozpoczęciem pokazu wręcz pękał w szwach, co świadczy o tym, że warto inwestować w krotki metraż w Poznaniu, zwłaszcza w klimatycznych kinach studyjnych, których idea ma się w naszym mieście całkiem dobrze.

Za zaproszenie na Future Shorts chcielibyśmy podziękować prężnie działającej w sferze przedsięwzięć multimedialnych i interdyscyplinarnych Fundacji AD ARTE, której twarzą - jako możecie ujrzeć na materiale przez nas przygotowanym jest Weronika Drzewińska. Lada moment rozpoczyna się kolejny event organizowany przez Fundację - mówię tutaj o projekcie Vivi Motion, czyli cyklu spotkań, warsztatów, projekcji, wystaw i koncertów, które w swym audiowizualnym charakterze zaaranżowane zostaną w popularnych poznańskich instytucjach, stricte bądź też pośrednio, lub pozytywnie-ubocznie działających w obszarze kultury (WSNHiD, Kino Rialto, Kluboksięgarnia Głośna).

Wracając do ubiegłotygodniowych szortów w Rialto naprawdę nie sposób być entuzjastycznie nastawionym do kolejnych takich przedsięwzięć i przyszłorocznej odsłony. Selekcja filmów przeprowadzona była z pietyzmem a każda propozycja przedstawiała odmienne spojrzenie na sposób narracji. 

Pierwszego filmu niestety nie widziałem, gdyż przygotowaliśmy poza salą wspomniany materiał wspólnie z Weroniką Drzewińską, tak więc polecam Wam odnieść się w tym wypadku do opinii Jana, ale podczas wyświetlania całej reszty siedziałam już wygodnie rozparty w fotelu.

Nie tylko mnie urzekła intensywna narracja rodem z videoklipów czy trailerów, którą serwują na Henry Joost i Ariel Schulman w Krótkiej Historii Johna Baldessariego. Następnie lądujemy we współczesnej choć mentalnie jakby tatcherowskiej Wielkiej Brytanii emocjonalnego rozbicia i niespełnionych ambicji skonfrontowanej ze współczesnym pokoleniem milczącego buntu. Obserwując obraz kryzysu rodzicielstwa zdajemy sobie ostatecznie sprawę z uniwersalnej potrzeby międzypokoleniowego dialogu (Rite). Trudny w ocenie wydaje się Czarny balonik - z pewnością nieokreślone do końca przesłanie jest w bardzo plastyczny sposób estetyzowane perspektywą narracji i miłą dla ucha ścieżką dźwiękową. (Gong - Zero The Hero And The Witch's Spell). Negatywny obraz konsekwencji ludzkich działań i inercji przedstawiono natomiast w niemiecko-szwajcarskim Auf Der Strecke, można wręcz pokusić się o stwierdzenie, traktując rzecz z odpowiednim dystansem, że ten przykry film jest przestrogą bezpośrednio przed pokusą voyeuryzmu, a pośrednio przed... Zakochaniem.

Teraz możecie dla obiektywności przekazu przeczytać co o FS sądzi Jan:


Future Shorts 2012

Nie oszukujmy się - wielkim krytykiem filmowym nie jestem i nie będę. Zwykłem dzielić filmy z grubsza na te dobre i niedobre, odbieram je bardzo subiektywnie, zamiast bawić się w zdystansowanego obserwatora. Los bywa jednak przekorny i w pewien zimny środowy wieczór pojawiłem się w kinie Rialto, by wraz z jednym z filarów Stacja Poznań Główny obejrzeć pięć krótkometrażowych produkcji i dać świadectwo.

Co przegapiliście? Po pierwsze “Cafe Regular, Cairo”, film ukazujący rozmowę pary w jednej z egipskich kawiarni. Mój problem z tym obrazem polega na tym, że nie wyniosłem z niego wrażeń innych niż spostrzeżenia dotyczące roli seksu i prywatności w kulturze islamskiej. Co w takim razie widzą w nim ludzie z tamtego kręgu kulturowego?

“Krótka Historia Johna Baldessari” to z kolei film, który spodobał mi się najbardziej. Zgodnie z zasadą, że lepiej zrobić dzieło krótkie, lecz intensywne, trwa on ok. 5 minut, serwując w zamian zawrotne tempo, zabawę obrazem i dźwiękiem oraz narrację w wykonaniu Toma Waitsa. To trzeba zobaczyć, najlepiej wielokrotnie (jest na Youtube pod właściwym tytułem - “A Brief Story of John Baldessari”).

“Rite” Michaela Pearce’a pokazuje konfrontację angielskiej, tradycjonalistycznej klasy niższej ze współczesnością, której jednym z filarów jest akceptacja dla mniejszości. Konflikt między tymi dwoma światami przedstawiony jest w relacjach ojca - alkoholika z nizin oraz syna, który, jak sam twierdzi, należy do alternatywy.

“The Black Baloon” - z tym obrazem to dopiero kłopot. Rozumiem, że śmieszny koncept, bohaterem jest balonik, w dodatku czarny więc trochę inny. Ale nawet kilkanaście minut oglądania jego przygód jest co najmniej średnio interesujące, jeśli nie gorzej. W dodatku wpływ balonika na ludzi, do których trafia wydaje się być marginalny bądź żaden, więc cała potencjalna magia takiego bohatera ulatuje z filmu jak z... pękniętego balona.

Na deser zostało dzieło bodajże najdłuższe z piątki, a zarazem najbardziej znane szerszej publiczności (wg słów przedstawicielki Ad Arte). “Auf Der Strecke” nie jest dziełem przyjemnym do oglądania, ale jest to intencja autorów. Wdziera się ono w psychikę zwykłego zdawałoby się człowieka i pokazuje, jak działanie pod wpływem emocji może nieodwracalnie zamienić nasze życie w piekło. Pytania o konsekwencje naszych czynów oraz odpowiedzialność człowieka za siebie i za innych zostają bez odpowiedzi, a kolory po wyjściu z kina dziwnie blakną.

Podsumowanie będzie krótkie, jako i  filmy. Warto pójść na Future Shorts - dla zasiedziałych poznaniaków okazja będzie w przyszłym roku, pozostali mogą wybrać się do innych miast, gdzie odbywał się będzie festiwal. I pamiętajcie - zaufanie do moich opinii jest zagraniem ryzykownym, więc lepiej przekonać się na własne oczy.

Jan Byczkowski


Oby więcej imprez tego typu miało miejsce w Poznaniu - i faktycznie taki jest chyba obecny trend, ponieważ w tym samym praktycznie czasie poznaniacy mogli brać udział w innym projekcie krótkometrażowym, mam na myśli tutaj Pokazy Szortów W Starym Kinie.

Z niecierpliwością czekamy więc na Vivi Motion i obiecujemy jeszcze bardziej przekrojową działalność blogową ze względu na to, że Stacja to już nie tylko ja i Sandra...

Jędrzej Franek


niedziela, 14 października 2012

Legendarne kino Bałtyk


W naszym kinowym cyklu dotychczas pisaliśmy o mniej lub bardziej wyjątkowych miejscach nadal funkcjonujących, tym razem jednak pragniemy uczcić instytucję już nieistniejącą, ale ważną dla Poznania. Panie i Panowie czas na BAŁTYK!


Kino swoją działalność rozpoczęło w 1929 roku jako Stylowe, legendarną nazwę otrzymało dopiero w 1945. Od tego czasu było to jedno z większych tego typu miejsc w naszym mieście. Miałam już okazję kilkakrotnie o nim wspominać, w kontekście naszej ukochanej Jeżycjady. Osobiście nieistniejące kino darzę wielkim i niesłabnącym sentymentem, gdyż właśnie tam byłam na pierwszym seansie bez rodziców i dokładnie w tym miejscu zrodziło się moje ogromne uczucie do filmu.

Niestety multipleksy, o których pisać będziemy w przyszłym tygodniu, w dużej mierze przyczyniły się do upadku Bałyku. Ostatni film został wyświetlony w lipcu 2002 roku. Wymowny jest fakt, iż był to ''Cinema Paradiso” dzieło o miłości do kina. Szczęśliwie czasy się zmieniły i modne stały się placówki studyjne.

Wraz ze wzrostem popularności Rialto, czy Muzy pojawiła się refleksja na temat miejsc już nieistniejących. BAŁTYK stał się przedmiotem dyskusji po raz pierwszy, gdy pojawił się pomysł, aby zmienić nazwę przystanku autobusowego. Nie ma już kina- tłumaczono - jak więc wyjaśniać przyjezdnym etymologię tej nazwy? Koniec końców wszystko zostało po staremu. Pojawiła się za to tablica upamiętniająca.

W tym roku BAŁTYK na krótko i dla nielicznych został wskrzeszony. Na terenie Concordii powstało kino plenerowe – element festiwalu Transatlantyk. Ze względu na łóżka z baldachimem ilość widzów była mocno ograniczona. Pomysł sypialniany był, jak pisał już Jędrzej, niezbyt trafiony, lecz skutecznie obudzono tęsknotę za miejscem znanym z dzieciństwa.

Co dalej ? Czas pokaże. Czy Bałtyk Tower powstanie i postawi na sale kinową ? Zobaczymy. Na pewno ją odwiedzimy, jeśli tylko będzie taka możliwość. Poznań bowiem czeka na zmartwychwstanie jednego z najpopularniejszych miejsc ubiegłego wieku.

Sandra Grobelna.  

środa, 29 sierpnia 2012

Festiwal Transatlantyk 2012 - Podsumowanie



Tydzień po zamknięciu Festiwalu zamieszczamy podsumowanie tegorocznej edycji najważniejszej poznańskiej imprezy kulturalnej - bo do takiego miana chyba aspiruje Transatlantyk. Perspektywa czasowa pozwala spojrzeć na zakończoną imprezę z pewnym dystansem.

Rozmach Transatlantyku z pewnością stawia go w czołówce najbardziej medialnych wydarzeń roku kulturalnego w Poznaniu, ale 'rzetelność blogerska' wymaga ode mnie wzięcia pod rozwagę całego spektrum cech tej imprezy. O ile w mediach Festiwal jawił się jak organizacyjny monolit a bacznym, gospodarskim okiem na wszystkie festiwalowe wydarzenia spoglądał Jan A. P. Kaczmarek, o tyle rzeczywistość i własne doświadczenie widza, może ten obraz poddawać w wątpliwość. Nie chcę żeby uznano mnie za heretyka, który krytykuje istnienie w Poznaniu dużego w skali kraju festiwalu filmowego (trochę na siłę nazywanego filmowo-muzycznym), gdyż był on potrzebny naszemu miastu i nadal jest. Chciałbym tylko, żeby za nieco mirażową idealizacją, wytłuszczaniem idei i przesłań, poszedł realny wysiłek organizacyjny.

Co było nie tak? Do czego się przyczepiam? Plotki i kuluarowe doniesienia pozostawię sobie na koniec. Chcę jednak podzielić się tym czego osobiście zaznałem, i co trudno poddać w wątpliwość. 

Informacja: Kuleje od samego początku istnienia Festiwalu. Zdarzało się, że warsztaty były dzielone na części odbywające się 
w różnych festiwalowych lokalizacjach i uczestnicy, a nawet prowadzący dowiadywali się o tym już w ich trakcie. W dodatku godziny, w których miałyby się odbywać te 'zajęcia zamiejscowe' pozostawały sporne... Infodesk, przy którym zasiadały atrakcyjne zazwyczaj wolontariuszki, był niewielką pomocą dla zorientowanego uczestnika Festiwalu, a co gorsza dla kogoś 'zielonego', kto nie przygotował sobie wcześniej własnego rozkładu jazdy - ktoś taki równie dobrze mógłby rzucać kostką i wybrać w ten sposób interesujący film. Co do infodesku i jego otoczenia jeszcze: po raz kolejny nie zdecydowano się na udostępnienie widzom stanowisk komputerowych z dostępem do internetu, tak by każdy mógł na szybko zapoznać się z repertuarem, odnaleźć drogę do hotelu/hostelu, czy sprawdzić gdzie coś zje pomiędzy seansami. Kuriozalna była sytuacja kiedy nie zostałem wpuszczony na seans dedykowany bezpłatnym warsztatom, na które się zarejestrowałem. Nikt z obsługi Festiwalu nie potrafił jednoznacznie określić czy mogę wejść, gdzie jest lista uczestników warsztatów i dlaczego jej nie ma. Nie było mi do śmiechu, tym bardziej, że 
w mailu zwrotnym odnośnie warsztatów ("Ghosts with shit jobs") godzina ich rozpoczęcia pokrywała się ze startem seansu. Po tym incydencie wysłałem maila do Pani Marty Romaszkan, odpowiedzialnej za sekcję warsztatową Transatlantyku - odpowiedzi nie otrzymałem. Duży minus. Mniej czytelna niż w ubiegłym roku była także gazetka z programem, ale to już naprawdę szczegół.

Wolontariusze: Przykre jest to, że pracą przy festiwalu filmowym interesują się osoby, których kino w ogóle nie zajmuje na co dzień, lub nie chcą poszerzyć swojej wiedzy, chociażby na potrzeby festiwalowego repertuaru. Przykre jest to, że osoby, które kinem się pasjonują, nie dostają szansy na zostanie wolontariuszami, lub giną gdzieś w przeciętności i nieśmiałości tych niedzielnych pomocników Pana Kaczmarka. Jeszcze bardziej przykre jest natomiast to, że po raz kolejny osoby tworzące rzeczywistą, bo ocenianą przez każdego widza markę Festiwalu nie zostały przez jego organizatorów odpowiednio przeszkolone. Trudno nie generalizować, choć przecież w życiu należy się tego wystrzegać, to przecież Transatlantyk powinien być niejako symbiotycznym żywym organizmem, w którym każdy sobie służy pomocą. Organizatorzy muszą wziąć sobie do serca to, że impreza to nie tylko oni sami i ich goście oraz wolontariusze wraz ze swoimi przywilejami. Festiwal Eco-Friendly, ale dlaczego nie User-Friendly?

Warsztaty, Goście: Warsztaty prowadzą goście Festiwalu, więc zagadnienie wspólne. W tym roku zabrakło naprawdę rozpoznawalnych twarzy. W zeszłym roku 'gwiazdą gwiazd' był rzecz jasna James Cromwell - postać charyzmatyczna, z jego poglądami można się zgadzać lub nie, ale warto było go posłuchać. W tej edycji kalendarium warsztatowe było wypełnione eventami połączonymi z projekcjami filmowymi (jak wspomniałem już, dla mnie trochę nieszczęsnymi). Najsympatyczniej wspominam (nie na każdych warsztatach rzecz jasno mogłem się pojawić), spotkanie z Fraces Fischer, drugoplanową zazwyczaj aktorką, jednak niezwykle przyjazną jako osoba i po prostu dobrą w swoim fachu rzemieślniczką. Parę spotkań odbyło się w formie przegadanych, hermetycznych wykładów, które naprawdę usatysfakcjonować mogły jedynie pasjonatów (głównie mówię tu 
o warsztatach Alvernia Studios, przepełnionych specjalistyczną terminologią) - choć nie zaliczam tego bezmyślnie na minus. Przy egalitarnym charakterze Festiwalu postawię tu znak zapytania i pozostawiam pole do dopracowania formuły.

Sekcja muzyczna: Tym razem towarem wystawowym był już jedynie konkurs Instant Composition, czyli natychmiastowej kompozycji muzyki do fragmentu filmu. Pomysł bardzo ciekawy, z dużym potencjałem, odpowiednio zlokalizowany (Teatr Wielki), ale pojawia się zgrzyt. Konkurs jest międzynarodowy. Kto więc walczy o nagrodę pieniężną i wieczną sławę? Właściwie wyłącznie Polacy. Rozumiem, że powinniśmy wspierać własnych artystów, że są oni owszem utalentowani, ale nie wierzę, że nie można by (odpowiednio promując wydarzenie) zachęcić do uczestnictwa wykonawców z innych państw. W tym roku była ich ledwie garstka. Na czwartym miejscu konkurs zakończył Noam Sivan, Amerykanin izraelskiego pochodzenia. Gdyby obsada była bardziej międzynarodowa, wzrósłby niewątpliwie prestiż konkursu.

Kino plenerowe: Już przed rozpoczęciem Transatlantyku identyfikowałem to jako nieporozumienie. Kino plenerowe w Starym Korycie Warty było inicjatywą dobrą, socjalizującą i nie budzącą kontrowersji. Natomiast kłóci się z ideą łatwo dostępnego kina plenerowego organizowanie elitarnych łóżkowych seansów, chyba głównie po to by wypełnić zobowiązanie wobec jednego 
z ważniejszych partnerów Festiwalu, czyli czołowego polskiego producenta mebli. 40 podwójnych zaproszeń na 'kino plenerowe' to zdecydowanie za mało.

Czas przyszedł na plusy! Będzie ich zdecydowanie więcej niż minusów, choć mniej będzie podpunktów. 

Repertuar: Siła naszej rodzimej imprezy. Mówiąc prosto z mostu, Transatlantyk to szansa by obejrzeć całą górę filmów zupełnie za darmo, ale drugą górę za akceptowalną cenę 10 PLN. Trudno mi porównać czy w tym roku wybór filmów był mniej lub bardziej interesujący, a skoro zaistniała tak trudność, to niezawodnie świadczy to o tym, że repertuar się nie pogorszył i jest na podobnym wysokim poziomie. Doskonałe dokumenty i urzekające na rozmaite sposoby kino skandynawskie, wartościowe prapremiery 
i niezawodna sekcja Transatlantyk ART. Praktycznie nie zdarzyło mi się, żebym wyszedł z seansu zawiedziony. Parę plusów za dobór filmów, ale muszę uszczknąć odrobinę, ze względu na pewną, kolejną organizacyjną niedoskonałość: biletów na seansy do Kina Muza nie kupimy w Multikinie. Niby rzecz logiczna, ale nie w trakcie Festiwalu. Chcąc zaopatrzyć się w odpowiedni pakiet, odwiedzić musimy obydwie festiwalowe lokalizacje, warto by było to usprawnić, to nie powinno być specjalnie skomplikowane.

Identyfikacja imprezy: Trudno odmówić przedsięwzięciu Jana A. P. Kaczmarka wizualnej i merytorycznej spójności. Logotyp, animacje - wszystko to czego głównym twórcą jest grafik Tomasz Opasiński, stało się rozpoznawalnym znakiem, kojarzonym 
z Poznaniem. Czytelny jest też przekaz promocyjny: Transatlantyk jako wydarzenie wspierające społeczną świadomość 
i aktywność w aspekcie ekonomicznym, kulturalnym (kulturowym) i politycznym. Festiwal wzmaga apetyt na lokalną działalność, na propozycje kulturalne miejskich instytucji. Glokalizacja w Polsce to wciąż orka na ugorze: kryzys jest, lub był gdzieś za ścianą, wciąż nasze kontakty z zagranicą to egzotyka wczasowa a rodzime umiejętności i praktyki promocyjne pozostawiają wiele do życzenia. Festiwal ten próbuje to zmieniać, tworząc platformę wymiany myśli, spostrzeżeń i pomysłów ludzi z różnych krajów, kultur i branży. Uważam, że Transatlantyk może być potencjalnie wartościowym nośnikiem idei, nawet twórcą i tworzywem jakiejś masowej kognitywnej inteligencji o charakterze twórczym. Rzekłem.

Każdy kto przebrnął przez ten rozbudowany wpis, może wreszcie wysnuć konkluzję czy jest na 'TAK', czy na 'NIE'. Zastanowić się może też, czy ja jestem za czy przeciw. Albo odpowiem sam. Oczywiście, że jestem na 'TAK'. Transatlantyk tworzy nową jakość i należy dać mu się rozwijać, mimo pewnych uchybień. Wciąż może być lepiej, a to co najważniejsze: baza filmowa, to co jest podstawą imprezy, jest jej niewątpliwą również siłą i kompensuje inne zachwiania.

Plotki i kontrowersje, to co obiecałem. Warto czasem zagłębić się w przestwór Internetu, popytać u źródeł, przeanalizować dane. Wynika z tych wszystkich dociekań tyle, lub tyle można, ale nie trzeba wnioskować, że ryba lubi psuć się od głowy. Ponoć Jan 
A. P. Kaczmarek z niewiadomych przyczyn zrezygnował ze współpracy z niemal całą ekipą ubiegłorocznej edycji Festiwalu, 
z podobnych niejasnych przyczyn mieli zostać odsunięci od możliwości uczestnictwa w nim wszyscy, lub większość tych, którzy byli wolontariuszami w ubiegłym roku. Dlaczego? No bo chyba nie po to by usprawnić przeprowadzenie imprezy... Smuci również fakt iż Festiwal miał tym razem mniejszy budżet, co dziwi, bo zwykle jest tak, że każda edycja udanej imprezy zyskuje fundusze. Może to Ratusz, który narzeka na braki w miejskiej kasie, przy czym organizuje bezpłodne i bezsensowne konsultacje, co do kwestii, które z góry są niedyskutowalne powinien przeprowadzić solidny nazwijmy to 'audyt sumienia'. Czy naprawdę poznaniacy potrzebują wartej 20 mln PLN groteskowej fanaberii w postaci Zamku Przemysła? Dlaczego by ułamka z tej kwoty nie przekazać na usprawnienie dobrze rokującego festiwalu filmowego?

J.