Get the flash player here: http://www.adobe.com/flashplayer

piątek, 7 czerwca 2013

Stacja rozmawia: o Concordia Design z Ewą Voelkel-Krokowicz



Niedawno, podczas jednej z wielu naszych wizyt w Concordia Design mieliśmy przyjemność porozmawiać dłuższą chwilę z Panią Prezes Ewą Voelkel-Krokowicz o idei Centrum innowacji, designu i kreatywności w Poznaniu oraz o najbliższych planach instytucji.

Stacja Poznań Główny: Jakie były początki Concordii, dlaczego właśnie ta lokalizacja, skąd pomysł na Centrum Designu przy Zwierzynieckiej 3?

Ewa Voelkel-Krokowicz: Ten budynek został wybrany ze względu na to, że akurat wtedy kiedy pojawiła się koncepcja na stworzenie centrum designu w Poznaniu ogłoszono na niego przetarg i my ten przetarg wygraliśmy. Natomiast nie mieliśmy konkretnego zapotrzebowania na taki typ budynku, potrzebny był po prostu jakikolwiek obiekt, braliśmy pod uwagę właśnie Concordię i skrzydło CK Zamek. Zbiegło się to w czasie z wyjazdami studyjnymi organizowanymi przez Urząd Marszałkowski i Urząd Miasta do różnych europejskich ośrodków, gdzie funkcjonują właśnie takie centra designu - jeździliśmy do Eindhoven, Mediolanu, Cardiff. Brali w tym udział przedstawiciele między innymi Międzynarodowych Targów Poznańskich, uczelni i biznesu, w tym my. Dało nam to możliwości uczenia się i poszukiwania odpowiedniego modelu dla Centrum Designu w Poznaniu.

Udało nam się z Funduszy Urzędu Marszałkowskiego w Poznaniu otrzymać środki na remont całej Concordii i w tym zawarty był koncept Wielkopolskiego Centrum Designu. Ta nazwa obowiązuje nas jeszcze przez dwa lata, natomiast funkcjonujemy komercyjnie, bez operacyjnego wsparcia funduszy Urzędu. To inny model niż w innych europejskich centrach. Nie mamy takiej możliwości działania społecznego - na ten cel powinny być przeznaczone regularne środki publiczne, aby móc uczyć przedstawicieli biznesu współpracy z branżą kreatywną, orientacji w wydarzeniach z kategorii designu jako procesu, współpracy z projektantem. Brak takich środków  sprawia, że te funkcje realizujemy komercyjnie.

Społeczna działalność Concordia Design skupia się wokół organizacji wystaw, konferencji, bardzo duży nacisk kładziemy na skierowanie naszego programu poruszającego zagadnienia kreatywności i designu również do dzieci.

Jeżeli chodzi o wystawy w Concordii, w zeszłym roku zainteresowały nas szczególnie dwie, czyli wystawa designu austriackiego („Austrian Design Spirit”) i  Design Poznań – Berlin („Kod miasta” i „ID Berlin | Industrial Design Competence”) – jakie są perspektywy podobnych przedsięwzięć w najbliższym czasie?

-Planujemy dużą wystawę na początku przyszłego roku. Tematu  wystawy nie chcemy jeszcze zdradzać.  Będzie to pierwsza taka wystawa zorganizowana przez nas samodzielnie bez partnerów. Partnerami wspomnianych dwóch wystaw ubiegłorocznych były IDZ Internationale Design Zentrum Berlin i Zamek Cieszyn. (Nasza współpraca z IDZ jest cały czas realizowana i będzie przedłużona na kolejne lata, tylko nie ma już charakteru wystawowego).

Oprócz wystawy w przyszłym roku,  przewidujemy również konferencję na 3cie urodziny Concordii, której przedmiotem będą trendy w projektowaniu.

Jak wygląda współpraca Concordii z firmami, które korzystają ze znajdującego się w Centrum CoOffice, czy są one zaangażowane również w bieżącą działalność instytucji?

-Wygląda to bardzo różnie, angażujemy ich przede wszystkim we wszystkie projekty komercyjne i procesy biznesowe, które realizujemy. To powoduje, że z częścią firm z inkubatora mamy bardzo bliski kontakt. Modelina Architekci zaprojektowali nowy stół w części restauracyjnej, często w doborze materiałów pomaga nam także Decolove. Dodoplan zaprojektowało dla nas aranżację urodzinową budynku a teraz przygotowuje projekt ogrodu letniego jako nową, wakacyjną aranżację restauracji Concordia Taste. Firmy z CoOffice bardzo zainteresowane są właśnie przestrzenią Concordia Taste, gdzie przeprowadzają np. rozmowy biznesowe i spotykają się między sobą, co wpływa na kształtowanie się synergii pomiędzy tymi podmiotami. Dochodzić więc tutaj może do sytuacji gdzie jedna osoba opracowuje dla drugiej strategię, a ta z kolei projektuje pierwszej dom:)

Pojawiła się koncepcja połączenia CoOffice i realizacji różnych projektów razem, ale to na razie pewna wizja. Natomiast firmy z CoOffice coraz częściej współpracują ze sobą przy realizowanych projektach zewnętrznych. Do takich działań potrzeba czasu. Zespoły muszą się poznać, dotknąć wzajemnie kompetencji. Przesteń Concordii zachęca do takiej wymiany myśli i współpracy. Liczymy na to, że będzie się nadal rozwijała.

Concordia Design i School of Form to instytucje w pewien sposób powiązane i blisko siebie położone, chcielibyśmy wiedzieć z jakimi innymi instytucjami Centrum wchodzi w interakcje, z kim najlepiej się współpracuje, zwłaszcza jeżeli chodzi o instytucje miejskie.

-Udało nam się zrealizować projekt dla Urzędu Miasta i Konsorcjum Marki Poznań, zrealizowaliśmy razem tutaj kilka warsztatów i ta współpraca układała się bardzo pozytywnie. Współpracujemy również z Aulą Uniwersytecką.

Swoje spotkania organizują w Concordii także Poznań I Love You oraz BLOGtej, którym to bezpłatnie udostępnialiśmy swoje sale. Współpracujemy także intensywnie z Festiwalem Malta, w ubiegłym roku mieściło się u nas biuro festiwalowe. W tym roku zaangażowana w Maltę jest także School of Form
i w ramach projektu Generator Malta znajdzie się na Placu Wolności również nasz obszar.

W tym roku niestety nie zawita do nas Festiwal Transatlantyk ze względu na remont Ronda Kaponiera i utrudnienia komunikacyjne (W zeszłym roku w czasie imprezy na placu przed Concordią odbyła się premiera „łóżkowego” kina letniego). Ale oczywiście angażujemy się w Festiwal i w tym roku organizujemy II edycję kina "łóżkowego" na jeszcze większą skalę, tym razem na Placu Wolności dodatkowo poszerzoną o usługę gastronomiczną  zapewnioną przez Concordia Taste.

W najbliższych planach oprócz udziału w festiwalach Malta i Transatlantyk, projekt  Art Food. Już teraz zapraszam na wernisaż, który odbędzie się 25.07.


Concordia Design działa również poza Poznaniem. Współpracujemy  m.in. z  Gdynia Design Days i Łódź Design Days. Szkolenia dla biznesu z design management i warsztaty, w tym te skierowane do dzieci, to eksportowe produkty Concordia Design, które staramy się przedstawiać podczas różnych imprez w innych miastach, wychodząc poza ramy obiektu, w którym się znajdujemy.







poniedziałek, 20 maja 2013

MIEJSCOWNIK cz. 1



Stacja Poznań Główny przeważnie nie zajmuje się gastronomią. Ostatnio jednak zdecydowaliśmy się zrobić mały wyjątek i opowiedzieć Wam bardzo subiektywnie o ulubionych knajpach. Istotne nie jest tylko to, co zostało podane, ale także jak i gdzie. Nie ukrywamy, że wystrój oraz oryginalny pomysł na siebie interesują nas najbardziej. Przegląd ma charakter w sporej mierze emocjonalny – dużą wagę przykładaliśmy do tzw. efektu pierwszego wrażenia.

  1. Taczaka 20

Sandra:  Powiecie hipsterzy, ja odpowiem: i co z tego. Taczaka 20 szybko zasłynęło jako miejsce spotkań specyficznej klienteli i być może odstrasza zwykłych poznaniaków. Znajduje się jednak na jednej z lepiej rokujących ulic naszego miasta i choćby dlatego warto ten adres odwiedzić.  Duży plus za miłą obsługę oraz prostą kartę dań. Wystrój również cechuje minimalizm. Jako, że mam bzika na punkcie lamp, podoba mi się zwłaszcza oświetlenie lady. Proste wykorzystanie zwykłego okablowania zwieńczonego gałęzią. Tanie a jak genialne.

Jędrzej: Nie da się ukryć, że tam chyba Stacja bywa najczęściej. Niewielkie wnętrze ma duży potencjał kreacyjny i nie zmarnowano na to szansy. Wystrój jest naprawdę charakterystyczny i wplatane motywy identyfikacji wizualnej, nie dość, że są bardzo często instagrafowane (widzimy to obserwując poznaniaków na Instagramie), to doskonale wpływają na rozpoznawalność lokalu. Siłą wnętrza jest detal i różnorodność, nie można się znudzić drewnianymi płytami, bo przełamane są polską sztuką meblarską przełomu lat 60-tych i 70-tych a uzupełnione zupełnie współczesnymi sieciowymi wyrobami, kolorowymi i atrakcyjnymi.  Trochę polskiego designu znajdziemy również w gablotce, ale jego prezentacja i promocja nie wydaje się szczególnie intensywnie realizowanym zadaniem lokalu. Jako jeden z niewielu przybytków, ten przy Taczaka 20 wyszedł już w pełni na ulicę. Możemy wybrać leżak lub krzesło i poczuć odrobinę wiatru we włosach i kawiarnianego klimatu bezpiecznej ulicy miasta zachodu, tego do którego miana Poznań aspiruje. Karta jest rzeczywiście nieskomplikowana, ale też bardzo uniwersalna, wszystko czego do tej pory tam próbowałem było naprawdę smaczne, a ceny w sam raz.






  1. Niesiarkowana (ul. Taczaka 23)

S: Niesiarkowana to miejsce, w którym zwolennik zdrowego odżywiania czuje się jak ryba     w wodzie. Jak zapewne się domyślacie z jakością idą w parze wyższe ceny , co w przypadku takiego lokalu jest zrozumiałe. Restauracja ta cechuje się dużą przestrzenią typową dla mieszkania w starej kamienicy. W środku przypomina domostwo zubożałej szlachty przez co nie mogę się doczekać, aż odwiedzę Niesiarkowaną zimą. To dopiero musi być klimat. Urzeka mnie mieszanie staroci z nowoczesnością, zwłaszcza drewniane stoły, na których stoją ledowe lampy – oszczędne i przyjazne dla środowiska. Na minus jedynie skomplikowany układ pomieszczeń sprawiający, iż czuję się odrobinę zagubiona.

J: Miejsce nieco schowane, ale łatwo trafić dzięki fajnemu szyldowi. Bardzo mieszczańsko już od wejścia, wnętrze jest bardzo obszerne. Nikt nie starał się na siłę dokonywać inwazji na to wnętrze, przez co jest tu sporo zakamarków, ale brak ergonomii mi nie przeszkadza. Mimo braku mniejszych podziałów we wnętrzu jest na swój sposób przytulnie i intymnie. Udało się to osiągnąć przez interesujący dobór mebli i akcesoriów oraz paradoksalnie przez spore odległości między stolikami, które gwarantują klientom autonomię i swobodę. Każde z pomieszczeń jest urządzone w nieco innym porządku, niektóre detale są zaskakujące – pozytywnie. Dominuje biała baza płaszczyzn, która świetnie komponuje się przez kontrast chociażby z wyjątkowo modnymi modernistycznymi krzesłami, jednakże zwolennik bardziej rustykalnych klimatów również nie będzie zawiedziony i znajdzie swój kąt. Wśród kawiarnianych aspektów na plus wyróżniam duże kubasy z zamówionymi napojami i ogólną wysoką jakość oferty z karty. Ceny nie są niskie, ale przynajmniej fertrejdowy zamysł jest tego pewnym uzasadnieniem.



  1. Nastawnia (Park H. Wieniawskiego)

S:  O tym, iż Stacja lubi Nastawnię wiecie nie od dziś. Pisaliśmy o budynku na krótko przed otwarciem stacjapoznanglowny.blogspot.com/2012/09/nastawnia-kultury.html. Ostatnio jednak z niepokojem śledzę to, co z tym miejscem się dzieje. Od rozpoczęcia działalności niewiele Nastawnia zdziałała na polu kultury. Wcześniej obiecywano liczne wydarzenia, których obecnie brakuje. Martwi mnie również zmiana surowego wnętrza na bardziej przytulne. Coraz więcej bibelotów z IKEA szpeci, a nie ozdabia to ciekawe miejsce. To ogromna szkoda, bo Nastawnia ma ogromny potencjał.

J: Świetna rewitalizacja i dobry parakolejowy pomysł. Bardzo dobrze wpłynął na zainteresowanie Parkiem Wieniawskiego kogoś innego niż dzieci z sankami w czasie zimy. Obiecywane wydarzenia kulturalne mają co prawda tam miejsce, ale Nastawnia ma wciąż spory problem z promocją (i terminalem kart). Obiektywnie waga tych wydarzeń również nie współgra z naładowanym kulturą otoczeniem (Opera, Teatr Nowy, CK Zamek). Może więc design zamiast sztuki? Podkreślałem parę miesięcy temu jak udanym projektem (autorstwa  Front Architects)  jest Nastawnia, więc może warto pójść raczej w kierunku prezentacji świata bardziej użytkowej i skomercjalizowanej estetyki. Kawiarnianie właściwości Nastawni są jej zaletą – napitki w atrakcyjnych cenach, można też zjeść obiad, ale w tym lokal raczej się nie specjalizuje.







  1. Głośna (ul. Św. Marcin 30/8-9)

S: Głośna to nie kawiarnia, to instytucja. Dzielnie walczy na polu kultury. Ciekawe wnętrze, liczne imprezy, księgarnia obok, a kino Muza poniżej, to znaki rozpoznawcze tego miejsca. Co martwi? To co Głośnej winą nie jest, czyli kamienica, w której się znajduje. Wyjątkowo obskurna i odstraszająca, antyreklama Poznania. Takie budynki na Św. Marcinie to zgroza, która wymaga osobnego wpisu. Szacunek dla klubokawiarni za to, iż dała tej budzie życie i głębszy sens. Dodatkowy plus za pyszną zieloną herbatę, a na koniec wyrażenie życzenia poszerzenia miejsca z pierdołkami.

J: Duży plus dla całego trio Muza, Głośna i Tristero, że jako jedni z nielicznych nie uciekają ze Św. Marcina i mobilizują w tym fyrtlu życie kulturalne. Zawsze można tam zaopatrzyć się w kolekcję ulotek, poczytać je przy kawie i kawałku ciasta. Nie jestem szczególnym entuzjastą wnętrza, jest dla mnie aż nazbyt otwarte i kolektywne, ale z kolei sprzyja to małym społecznym wydarzeniom, które często mają tam miejsce.


  1. JUICE DRINKERS (ul. Dąbrowskiego 8)

S: Jak mawiał jeden z moich profesorów w mojej przydługiej karierze studenta: To nie jest pijalnia wód mineralnych. Nie, Juice Drinkers to moi drodzy bardzo dobra pijalnia soków świeżych i zdrowych. We wnętrzu wykorzystano wyjątkowo modne drewniane palety. Wszędzie znajdziecie literaturę fachową poświęconą designowi itp., itd. Przy wejściu również wpada w oko mały showroom na ścianie. Może zbyt mały. Juice Drinkers to prosty, ciekawy pomysł, a jeszcze lepsze wykonanie.

J: Smaczne koktajle i soki również. Sympatyczna obsługa. Wnętrze zasadniczo w stylu refurbishment-recycling ale przełamane kilkoma kontrastującymi akcentami. Duży plus za wystawkę z designem i wszechobecne starannie dobrane albumy i czasopisma do przejrzenia przy okazji wodopoju. Stosunkowo często niestety Panowie mają zamknięte, na szczęście zawsze informują o tym na profilu facebookowym. Może to taki właśnie styl – niewymuszony, kontaktowy, podkreślający, że właściciele mają też cos innego do roboty poza lokalem;)

  1. Cyryl Lunch Coffee Wine (ul. Libelta 1a)

S: Restaurację znajdującą się na placu Cyryla odwiedziłam ostatnio i prawdopodobnie nigdy do niej nie wrócę. Złe pierwsze wrażenie trudno przełamać. Nie odstraszyły mnie ani wysokie ceny moim zdaniem nieadekwatne do jakości, ani nawet to, iż mam chyba zbyt proste podniebienie na subtelne potrawy tam serwowane. Na moją negatywną opinię wpłynęła niesympatyczna kelnerka w pseudodresie tak nieadekwatnym do lokalu. Po drugie odstraszył mnie też sztuczny wystrój Cyryla. Czułam, że w tym miejscu coś się udaje. Nie mają klimatu Taczaka, czy Niesiarkowanej, a strasznie chcieliby mieć. Tak wiele rzeczy  z IKEA, że prawie czułam się jak na wystawie sklepowej. I proszę nie zrozumieć mnie źle, kocham szwedzką jakość, ale umiejętnie wykorzystaną jak stary stół z ledową lampą. Ktoś powie, że jestem nieżyczliwa, ale ja po prostu  nie zakochałam się w Cyrylu od pierwszego wejrzenia.

J: Jako, iż wiem, że Sandra zjedzie Cyryla po całości, postaram się znaleźć pozytywy. Dosyć trudno mi przyczepić się do wystroju, może dlatego, że jestem fanem designu braci Eames, do którego nawiązania znajdziemy w formie krzeseł. Skrzydło w głębi oferuje ściany z fakturą naturalnej cegły malowanej na biało – ten trend też jeszcze mi się nie opatrzył. W przejściu stoi jakby trochę przypadkowo matowa płyta tablica z kulinarnym rozkładem jazdy – na pewno nie przeszkadza, chyba, że się na nią wejdzie, ładnie łamie też skromnie zdobioną okładzinę od wspomnianej ściany. W tym miejscu wariacja na temat adaptowanego industrialnego wnętrza w stylu Nowego Jorku lat 40.  robi naprawdę niezłe wrażenie. Zgrzyty w designie pojawiają się niestety w głównej sali, gdzie pomyłką jest usilne powtórzenie motywu ceglanego na ahistorycznej ścianie…
Wystrój wnętrza zaliczam do pozytywów i teraz krótko o niestety dyskwalifikujących minusach. Ceny raczej nie przyczynią się do popularyzacji Cyryla, ani do tego, że wypełni on funkcję pozytywnego zwornika lokalnych z bywalcami. Za niższą cenę można zjeść z pewnością lepiej oraz z lepszym standardem obsługi. Ta bowiem irytuje najbardziej – jest flegmatyczna, raczej znudzona, przez co kontakt z nią jest wyjątkowo niezręczny i zniechęcający. Ubiór kelnerki także zrobił na mnie raczej przykre wrażenie i kompletnie nie licował z aspiracjami lokalu. Na koniec jeszcze jeden argument na plus: dobra kawa.







To nie koniec MIEJSCOWNIKA Stacji Poznań Główny. Kolejne lokale, które wpadły nam w oko w tym te, które polecamy, już niedługo - parę ich jeszcze jest.

Głodni rekomendacji? Śledźcie nasz profil na Foursquare, sprawdzajcie też cały czas uzupełnianą przez nas listę Hot Design, Art and Living in Poznań.


niedziela, 19 maja 2013

Opowieści czującego ciała. „Erna Rosenstein. Organizm” w Galerii Art Stations




Art Stations Foundation uczciła setną rocznicę urodzin Erny Rosenstein wystawą „Erna Rosenstein. Organizm”. Tytułem Organizm opatrzony jest także obraz artystki z 1968 roku, w którym ciało przedstawione zostało jako maszyna. Nie jest to jednak wizja mechanicznego tworu pozbawionego humanistycznego pierwiastka. Ciało (co więcej – ciało kobiece) jako skomplikowany mechanizm pracujący na styku natury i imaginacji jest motywem przewijającym się w całej ekspozycji. Składają się na nią obiekty z archiwum syna artystki – Adama Sandauera, a także prace z kolekcji Grażyny Kulczyk oraz wielu innych muzealnych i prywatnych zbiorów.


Na parterze zgromadzono obrazy z późnych lat 60-tych w których dominują sensualne formy przypominające wijące się organy, miękkie zaokrąglenia i zakamarki ludzkiego ciała. Soczyste pomarańcze i gorące czerwienie wnętrzności, kontrastują z chłodnymi błękitami i beżami zewnętrznej powłoki czy też kostnego szkieletu. Wizualne, organiczne metafory przypominają niezidentyfikowane formy wypełniające dzieła Yvesa Tanguy’ego. Blisko im także do cielesnych konstelacji rysunkowych Hansa Bellmera, choć w odróżnieniu od Bellmera, erotyzm Rosenstein jest o wiele bardziej wysublimowany i niedosłowny.

Abstrakcyjnie potraktowane fantazmatyczne ciało przedstawione na kilku różnych płótnach, w pewien sposób zostaje ożywione w audiowizualnej pracy Anny Zaradny zatytułowanej Język. Medium malarskie przetłumaczone zostało tu na zupełnie inny porządek symboliczny jakim jest kompozycja muzyczna (autorstwa Tekli Bądarzewskiej). Współpracę dźwięku i materii możemy zobaczyć zaglądając do studni stworzonej z drewnianej ramy i czarnego, aksamitnego worka. Na dnie znajduje się ekran wyświetlający substancję drgającą w rytm muzyki. Ten kinetyczny spektakl pokazuje rytmiczny proces funkcjonowania organizmu jako maszyny, której działaniem kieruje inny układ sił.

Na pierwszym poziomie w szklanych muzealnych gablotach zgromadzono asamblaże, które  Rosenstein tworzyła od lat 60-tych. Popsute mechanizmy, rozparcelowane torby, drewniane szkatułki, wypatroszone i zniszczone przedmioty zyskują nowe życie i nowe formy, odbiegające od ich pierwotnego przeznaczenia. Filigranowe organizmy przypominające kruche owadzie pancerzyki stworzone zostały z okruchów codzienności: kapsli, spinaczy, sreberek, papierków po cukierkach, drucików, guzików i sznurków. Zużyte ciała nędznych przedmiotów, którym pisane było śmietnisko, zamieniły się w twory ożywione osobistą historią i niepokojącą poetyką. Niekochane i z pogardą odrzucane śmieci zostały przez artystkę z czułością uformowane w delikatne, niemalże biżuteryjne struktury przypominające osobiste talizmany. Wprowadza to do zaciemnionego pomieszczenia atmosferę gabinetu osobliwości. Fascynacja surrealistycznym przedmiotem z całą mocą wybrzmiewa w przypadku telefonu, do którego przymocowano kacze łapy. Nasuwa się tu przede wszystkim skojarzenie z telefonem Salvadora Dalego z homarem  w miejscu słuchawki, ale także z przedmiotami Meret Oppenheim, wywołującymi zarazem ciekawość jak i obrzydzenie.


Ekspozycja dopełniona została przez filmy, które na wielu poziomach odwołują się do twórczości artystki. Możemy tu zobaczyć chaplinowską dystopię Modern Times, w której ukazana została zgubna fetyszyzacja przedmiotu taśmowej produkcji czy też magiczne i pełne symbolicznych przedmiotów Meshes of the Afternoon Mai Deren. Do historycznego osadzenia w dziejach historii sztuki skłania z kolei etiuda Mieczysława Waśkowskiego i Antoniego Nurzyńskiego Somnambulicy, o sztuce informelowej i jej surrealistycznej interpretacji. Z kolei ukazana w filmie Ursuli Mayer The Lunch in Fur kobieca dysputa na temat przedmiotu, gdzie obok Josephine Baker pojawia się Dora Maar i Meret Oppenheim, pozwala dostrzec jak wizja sztuki czerpiącej z podświadomości w wykonaniu Erny Rosenstein różniła się od tradycyjnej myśli surrealistycznej. Dotyczy to nie tylko samej artystki, ale także całej formacji jaką była druga Grupa Krakowska (inspirująca się do pewnego stopnia tradycją surrealistyczną), do której należała między innymi Jadwiga Maziarska, Jerzy Nowosielski czy Tadeusz Kantor.


Widmo Kantora krąży na trzecim poziomie galerii. Ekspozycja dzieł malarskich i drobnych szkiców została tu powtórzona za aranżacją stworzoną przez artystę w Zachęcie w 1967 roku. Obrazy Erny Rosenstein zgromadzono wokół szafy (obiektu pochodzącego z pracowni artystki) stanowiącej rodzaj epitafium. Na skrzydłach zamkniętej szafy znalazły się zasuszone kwiaty, monety, wycinki z gazet, ilustracje i inne drobne przedmioty oraz organiczne drobiazgi. Ich nawarstwienie powoduje, że mebel zaczyna prezentować się jako rodzaj niezwykłego pamiętnika, a sama forma przypominająca stelę wprowadza atmosferę przemijania. Rysunki, szkice i zapiski, składające się na proces dochodzenia do dzieła sztuki, zaprezentowano w konstrukcji ze spiętrzonych, wyłożonych czarnym materiałem pudełek. Z kolei zaprezentowany tu film Anny Molskiej to przegląd notatników artystki, któremu towarzyszy charakterystyczna dla lat 60-tych muzyka.






Niepokojąca i zmysłowa poetyka wystawy, która ociera się o surrealistyczną, fantazmatyczną perwersyjność, nasycona jest indywidualnym charakterem samej Rosenstein. Doświadczenie wewnętrzne wybrzmiewające w jej pracach nosi na sobie także piętno największego okrucieństwa XX wieku, stąd też pojawiający się w jej twórczości temat Zagłady. Nie pozwala to jednoznacznie odczytywać jej twórczości jako surrealistycznej, lecz raczej jako indywidualną i bardzo osobistą trawestację surrealizmu na prywatny, magiczny język w którym zaakcentowana jest przede wszystkim kobiecość (feministyczny wymiar wystawy podkreślony został przez same kuratorki) i dążenie do uzewnętrznienia osobistej historii. O tym, że sztuka była dla artystki równorzędnym, a może nawet przewyższającym słowo pisane środkiem do wyrażania ciążącej podmiotowości świadczy jeden z jej wierszy:

                                               Zamknęłam oczy – chcę widzieć
                                               Zatkałam uszy – chcę słyszeć.
                                               Wzięłam ołówek – niech mnie drogą prowadzi.
                                               Szukam słowa dla niemych.
                                               Chcę dotknąć.
                                               (W sobie samej wyjść z siebie, 1979)


Monika Kaczmarek


Erna Rosenstein. Organizm 18.05 – 01.09. 2013
Galeria Art Stations, Poznań, Stary Browar
Kuratorki wystawy: Dorota Jarecka, Barbara Piwowarska

piątek, 10 maja 2013

Długa Wiosna w Poznaniu - Wieczór Strawińskiego w Teatrze Wielkim



Po męczącej zimie wreszcie zawitała do Polski i Poznania wyczekiwana wiosna wraz z całą dynamiką przeobrażeń stanów pogody, ziemi i emocji. Nowej nadziei nie wypada nie świętować, dlatego szczególnie warto zwrócić uwagę na operową fetę, nie tylko z okazji triumfu tej pory roku ale i chęci uczczenia dzieła oraz legendy wielkiego rosyjskiego kompozytora, Igora Strawińskiego.

Festiwal Wiosny organizowany przez Fundację Nuova w współpracy z Teatrem Wielkim, jest w tym roku zupełnie inny niż podczas siedmiu ostatnich edycji. Przestajemy się spieszyć i rozpościeramy wiosenną aurę nad znaczącą częścią roku. Poznańska wiosna zakończy się dopiero 29 listopada.


Stacja Poznań Główny miała przyjemność uczestniczyć w premierowym Wieczorze Strawińskiego 27 kwietnia, który to dla każdego pasjonata operowych klimatów był prawdziwą ucztą złożoną z dwóch dań.
Zaserwowano dwie odmienne estetyki, tradycyjną i zachowawczą oraz wielce kontrowersyjną, patrząc na historyczne uwarunkowania twórczości kompozytora.

Sofokles będący zmorą (lub nie) licealistów, stał się także przedmiotem kompozytorskich uniesień Igora Strawińskiego. Król Edyp to opera-oratorium w jednym akcie, surowa oszczędna oraz... Niezwykle rzadko wystawiana. Napisana w 1925 roku jest wynikiem wstecznej introspekcji autora, której oddawał się w tamtym czasie, powstała jako prezent dla zaprzyjaźnionego ze Strawińskim mecenasa sztuki Sergiusza Diagilewa.  Neoklasyczna partytura dzieła daje szanse zaistnieć solistom  ale także obfituje w sceny zbiorowe i komentarz chóru. Tylko nietypowa postać narratora zachowuje pełnoprawny kontakt z widzem, jest on łącznikiem pomiędzy chwilą obecną a zaprzeszłym intensywnym, choć kamiennym mistycyzmem akcentowanym przez język sztuki.

Poznańska interpretacja Jacka Przybyłowicza, który na co dzień zajmuje się tworzeniem choreografii,(dyrektor baletu Teatru Wielkiego) anonsowana była jako szansa na nową jakość zajmującą miejsce w jednym szeregu z największymi światowymi realizacjami. Czy udało się tego dokonać wokół libretta autorstwa Jeana Cocteau (przetłumaczonego na język martwy przez Jeana Danielou)? Trudno stwierdzić jednoznacznie - z pewnością świeżością są wplecione spodziewane elementy baletowe, które jednak czasem mogą zaburzać czytelność dzieła, poprzez niedookreśloność artystycznej dominanty.

Warto skupić się jednak na błyszczących tego wieczoru solistach.

Jacek Laszczkowski jako Edyp jest zdecydowanie moim faworytem mimo skromności estetycznej tej postaci, popisuje się plastycznym, antycznym obłędem. Jokasta w interpretacji Agnieszka Zwierko jest postacią monumentalną, wysublimowaną, nieco chłodną mimo intensywnej krwistej barwy sukni nie jest dla mnie tak ekspresyjna jak świetnie grający i popisowo śpiewający chociażby w otwierającej arii Laszczkowski. Wokalnie trudno zarzucić cokolwiek artystce, dysponuje głosem o obszernej skali i niezawodną techniką śpiewu, ale trudno było jej znaleźć wspólną płaszczyznę z moim wyobrażeniem tej postaci. W roli Kreona nie wyobrażałbym sobie kogokolwiek innego niż Jerzego Mechlińskiego i również tym razem mocne aktorstwo i wspaniała barwa tego solisty świetnie wpisują się w tę postać.




Bardzo dobrze spisał się chór Teatru Wielkiego - artyści mieli okazję popisać się dużą precyzją. Orkiestra również grała bez istotnych wpadek, dyrygowana przez maestro Gabriela Chmurę.

Minimalizm zdefiniował dekoracje Edypa, podobnie rzecz się ma z kostiumami. Dominującym elementem była amfiteatralna widownia, na której zasiadali śpiewacy w w towarzystwie ksiąg, które z jednej strony przypominały nieco zaprojektowane w Poznaniu Blue Bloki w ramach ekspozycji rodzimego wzornictwa Designed for Poznan, a znalazły także zastosowanie w układach choreograficznych i gestach dramaturgicznych.



Podczas drugiej części wieczoru taniec był zdecydowanie środkiem dominującym gdyż obejrzeliśmy balet Święto Wiosny - jedno z najbardziej kontrowersyjnych dzieł Igora Strawińskiego, szczególnie z punktu widzenia mu współczesnych, dziś stało się legendą, kiedyś było niezrozumiałą awangardą. Publiczność nie mogła przebrnąć przez konstrukcję muzyczną, a przede wszystkim była zdruzgotana reinterpretacją tańca baletowego jakiej dokonał choreograf Wacław Niżyński. Święto Wiosny ma trzech ojców, oprócz muzyki Strawińskiego i projektu ruchu Niżyńskiego, najsłabiej zespoloną z niezbędnym kodem genetycznym częścią czyli librettem zajął się Nikołaj Roerich, który osadził ostatecznie dzieło w ruskim rytuale dnia wiosny.


Dzieło przez lata docierało do widzów, którzy musieli do niego dojrzeć, można powiedzieć, że Święto Wiosny w 1913 roku otworzyło wrota muzyki nowoczesnej, ale bano się w nie na dobre wejść. Jak balet ma się w swoje stulecie?

Choreograf, Paul Julius starał się zdemontować i złożyć dzieło na nowo przenikając przez wszystkie warstwy sztuki, dużą wagę przykładając do wydźwięku libretta, przy czym wydźwięk jest dobrym określeniem dla braku tradycyjnej fabuły - to innowacyjna barwa muzyczna i  ruchowa tworzy ponadczasową jakość sceniczną Święta Wiosny



Pomimo artystycznej i gimnastycznej perfekcji nie taniec jest dla mnie najważniejszą cechą tego wydania baletu, choć przecież powinienem zwrócić uwagę na finezję postaci, zwłaszcza Shino Sakurado jako Ofiarowanej i męskiej roli Gento Yoshimoto. Czasem jest tak, że oko zapamięta może nie to co trzeba, ale na pewno to co chce i tym razem była to warstwa rozwiązań scenograficznych. Damsko - męska gra natury była przepięknie podkreślana przez grę swiateł reżyserowaną przez Marka Heinza, wspaniale układały się one na zminimalizowanych dekoracjach, ciałach tancerzy i przede wszystkim prowadziły równoległy kluczowy szlak symbolicznej narracji żywiołów wody i ziemi.

Ze względu na długość tegorocznej Wiosny w Poznaniu polecam szczególnie przyjrzeć się ofercie Teatru Wielkiego - legendarny balet Strawińskiego, o którym pisałem, zawita w jeszcze innych formułach, na obejrzenie i wysłuchanie których z pewnością warto znaleźć odrobinę czasu, gdyż wcale nie często można w naszym mieście obcować z imprezą o takim stopniu pochwały i szacunku ale także odwagi w odniesieniu do arcydzieła.

Jędrzej Franek

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Majówka z Książką

                 
                         Stacja Poznań Główny, Czytelnisko i Pro Arte zapraszają na Majówkę z Książką

Kto z Was jeszcze pamięta Majówkę z Książką, która przez ponad 50 lat odbywała się w Poznaniu? W 2006 roku ze względów finansowych zaprzestano tej chlubnej tradycji. W tym roku pragniemy przez dwa wyjątkowe dni przypomnieć Wam o tym co działo się w naszym mieście, a przede wszystkim zachęcić poznaniaków do czytania.


Po pierwsze 11 maja będziecie mieć okazję przyTARGać  KSIĄŻKI, czyli wziąć udział w cyklicznej akcji wymiany książek organizowanej przez CZYTELNISKO, podczas której dajemy im drugie życie. Wydarzenie skierowane jest do osób, które mają w swoim domu książki, do których nie żywią już sentymentu.  Dajemy możliwość wymiany tych „niechcianych” na inne, które jeszcze nie były przez Was czytane. Jedynym warunkiem wzięcia udziału w wydarzeniu jest przyniesienie przynajmniej jednej książki na wymianę. Uczestnik rejestruje się na „liście obecności”, deklarując ilość przyniesionych książek. Następnie zostają one podzielone pomiędzy stoły tematyczne.  Każdą książkę można wziąć do ręki, obejrzeć, przeczytać jej fragment. Każdy uczestnik może wynieść tyle książek, ile przyniósł. Akcja potrwa dwie godziny. Najbliższa edycja odbędzie się 11 maja 2013 roku od godz. 13.00 w Umberto Cafe&Ristorante  przy ul. Armii Poznań  w Parku Cytadela.

Regulamin akcji oraz wszelkie bieżące informacje dotyczące wydarzenia dostępne są na stronie internetowej Projektu Czytelnisko (www.czytelnisko.com.pl) oraz na fanpage’u na portalu społecznościowym (facebook.com/czytelnisko).


Po drugie, tego samego dnia o godzinie 18.00 Pro Arte zaprasza Was na GŁOŚNE CZYTANIE na PODDASZU Collegium Maius (pokój 405).  Majówka to dla wielu osób czas pierwszych, przedwakacyjnych wyjazdów, zatem i my zapraszamy wszystkich w literacką podróż. Będziemy przemierzać Ukrainę z Sofiją Andruchowycz, słuchając, jak w pociągu Diadia Wania śpiewa o swojej miłości, zwiedzimy także rejon Beskidu Niskiego z Andrzejem Stasiukiem i poznamy magię ,Opowieści galicyjskich.


Szczegóły na  proarte.net.pl 


Następnego dnia, 12 maja w samo południe  spotkamy się przed kamienicą przy Roosvelta 5 i wyruszymy w niezwykłą wyprawę śladami bohaterów naszej kochanej Jeżycjady. Na spacer zapraszamy wszystkich miłośników serii. Mówić będziemy o pierwszej i ostatniej części dotyczącej rodzinny Borejków. Nie zabraknie dygresji o zmianach w naszym mieście na przestrzeni lat ani fragmentów książek. Stacja Poznań Główny liczy także na najmłodszych poznaniaków. 

Szczegóły o spacerze znajdziecie na fanpage’u ( facebook.com/StacjaPoznanGlowny).

Ponadto obiecujemy dodatkowe atrakcje, m.in. uzupełnienie Miejskich Regałów Książkowych oraz konkursy dla uczestników wydarzeń.

Śledźcie nas w sieci (oczywiście w przerwach między ciekawymi lekturami)!


Organizatorzy: 









wtorek, 16 kwietnia 2013

Galeria MM – historyzowanie w epoce kamienia łupanego




Chyba żaden poznański projekt architektoniczny XXI wieku nie wzbudził takich kontrowersji jak zaprojektowana przez Studio ADS bryła Galerii MM. Przez 3,5 roku nie tylko specjalistyczne (ew. maniakalne) fora internetowe ale i popularne media od czasu do czasu z pewną regularnością wybudzały śpiącego dinozaura, który wyrastał na rogu ulicy św. Marcin i alei Marcinkowskiego.

Jeszcze trzy lata temu kiedy poznaniacy ujrzeli wizualizacje budynku panował umiarkowany optymizm. W zbiorowej świadomości z pewnością nie zakorzeniły się wtedy dyskusyjne kwestie recepcji dekonstruktywizmu na naszym poznańskim podwórku. Dziś mamy do czynienia z eskalacją krytyki w stosunku do tego projektu a i społeczna świadomość wagi dobrej architektury jest znacznie wyższa niż jeszcze kilka lat temu, być może o tym twórcy zapomnieli, lub nie brali tego pod uwagę.

Zmęczeni smutną tandetą Kupca poznańskiego i wstydliwą jarmarcznością Poznań Plaza, poznaniacy zgodnie orzekli – na głos lub w domyśle, co też im się podoba najbardziej. Bezdyskusyjnie w całym handlowo-usługowo-rozrywkowym repertuarze poznańskiej architektury wygrywa Stary Browar przed Galerią Malta. Ta druga zyskuje w naszych oczach skromnością i apoteozą wiosennego stylu życia i bezstresowego handlu zespolonego z rekreacją. Włączenie nowej galerii w organizm jeziora maltańskiego przebiegło bezboleśnie i z perspektywy czasu należy ocenić tę realizację pozytywnie na gruncie teorii miastotwórczych.

Nie o Malcie i nie o Browarze jednak powinna być tu mowa. Pochylić się musimy nad budynkiem, który lada dzień może przyczynić się do tego iż Poznań stanie się obiektem drwin. Być może nie będzie to tragedią dla miejskiego PR-u ale małym prztyczkiem w nos na pewno. Nominacja do Makabryły 2012 według portalu Bryła nie jest bowiem żadną nobilitacją i choć biorąc pod uwagę towarzystwo, w którym poznańska galeria się znalazła, nie można jej choć odrobinę nie pożałować, to fakt, że ze względu na swoją popularność zajmuje czołowe miejsce w tym osobliwym konkursie jest niezaprzeczalny.



Czy nowy handlowy kolos zasłuży na Makabryłę? I tak i nie. Zgadzam się z tą nominacją pod tym względem, że Galeria MM jako megastruktura architektoniczna w centrum miasta powinna pełnić funkcje reprezentacyjne, nieinwazyjnie spajające, lub odwrotnie (ale bardziej ryzykownie) pozytywnie dominujące. Zabieg dominacji w rysowaniu jednej z najważniejszych przestrzeni miejskich w Poznaniu powiódł się, jednak jest on nacechowany według mnie pejoratywnie. Jak to odbije się na kształtowaniu wizerunku tej części miasta, trudno jednoznacznie określić, projekt może bowiem ewoluować, ale dziś stacją naprzeciw wgryzającej się w aleje Marcinkowskiego budowli z wolna sączącej pieszych do swojego wnętrza, targają (zapewne nie tylko) mną raczej smutne przeczucia. Wspomniałem o nieinwazyjnym spajaniu otaczającej architektury – wyobraźmy sobie, że Galeria MM nie jest wcale mniejsza, ale lekkości nadaje jej zwarta i całkowicie przeszklona ciemna, pół-lustrzana elewacja (bez palucha…). Odbija się wtedy w niej cała otaczająca zabudowa… A sklepy i niektóre biura zyskują upragnione okna.

Obiektywnie należy także stwierdzić, że budynek jest czystą parodią stylu, w którym rzekomo powstał. Osławiony w poznańskich mediach ostatnimi czasy dekonstruktywizm to jeden z nurtów postmodernizmu, jak dla mnie ideowo niespójnego i niepotrzebnie przedłużanego okresu formułowania koncepcji architektonicznych. Co ciekawe w Polsce dużo popularniejszy (często nieświadomie) jest drugi główny nurt postmodernistyczny czyli regionalizm krytyczny, w Polsce najczęściej chyba akcentowany w neo-drobnomieszczańskich realizacjach mieszkaniówki począwszy od połowy lat. 80 na początku XXI wieku skończywszy. Patrząc na dzieło Studia ADS, Frank Gehry - postmodernistyczny guru z pewnością nie byłby zachwycony jego tanią umownością.



Czy galeria MM jest pastiszem? Moim zdaniem jest budowlą spóźnioną pod pewnymi względami, również stylistycznymi, o jakieś 20 lat. Jak Polska wlokła się w ogonie na osi czasu europejskiego modernizmu, tak  wytrzebiony już na świecie postmodernizm, wydaje u nas wcale nie zduszone jeszcze tchnienie. Dwie dekady temu Polska była zupełnie innym krajem, gdzie w architekturze wszystkie chwyty były dozwolone i płodzone były chociażby takie legendy jak Solpol we Wrocławiu, który jest tak niesamowicie brzydki i rozkosznie wolnorynkowy, że aż piękny. Nawiązania do tandety okresu transformacji rozpościerają się także nad materiałami użytymi do wykończenia budynku Galerii MM.

- Projekt koncepcyjny a budowlany, nad którym dopiero zaczniemy pracować, to dwie różne rzeczy - mówił Piotr Barełkowski ze zwycięskiego Studia ADS. Nikt nie spodziewał się po projektancie Starego Browaru, że różnica będzie tak ogromna.

Piotr Barełkowski w wypowiedzi dla Gazeta.pl wiedział co mówi (wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy tego my), a udowadniają mi to za każdym razem laminowane płyty na elewacji udające piaskowiec. Tym gorzej dla nich i dla nas, odbiorców architektury, że nie zasłużyły na żadną iluminację – być może to oszczędność, być może to projektanci doszli do wniosku, że efekt będzie katastrofalny przez szpetne szczeliny technologiczne pomiędzy panelami (w przedstawianiu tego aspektu konstrukcji wizualizacje były powściągliwe).


Dlaczego Galeria MM nie powinna zostać uhonorowana Makabryłą? Szczęściem w nieszczęściu poznańskiej budowli jest to, że ma godnych konkurentów. Kamienica w Olsztynie i Ratusz w Pacanowie są moimi faworytami. W dodatku trzeba jednak przyznać, że przynajmniej próbowano uczynić Galerię MM przyjazną poznaniakom – rzeczywiście tworzy pasaż przyspieszający komunikację pomiędzy dwiema ulicami, nie można zapomnieć także o tym, że tarasy widokowe (o których jeszcze poniżej) są ogólnodostępne, co szczególnie kontrastuje z zamkniętym, ekskluzywnym tarasem na szczycie Okrąglaka, który już przecież był przedmiotem miejskiej dyskusji w sieci.

To co miało być motorem miejskości Galerii MM, czyli otwarcie na ulicę, przechodniów pozostało w dużej mierze pustą obietnicą, lub też źle zrealizowanym celem. Tylko jeden lokal (Starbucks) wychodzi na zewnątrz i można liczyć, że wraz z cieplejszymi dniami pojawią się stoliki wprowadzające nieco życia na chodniku. Domykająca burzliwą pierzeję alei Marcinkowskiego wschodnia ściana budowli jest całkowicie martwa niczym skała jaskini Lascaux (tylko jeszcze bez malowideł). Wnętrze galerii to natomiast mariaż mroku, ciasnoty i przepastności. Najciaśniej jest rzecz jasna tam gdzie duża przepustowość jest wymagana, czyli przy windach i ruchomych schodach. Pozostając przy tych elementach można się zastanowić, czy czasem projektanci nie zaprzyjaźnili się zbytnio z architektami z Toya Design – Detal ‘klatki schodowej’ do złudzenia przypomina czerwoną tubę z holu wielkiego Centrum Kultury Zamek. Mniej surowy będę dla ciekawego moim zdaniem pionu windowego, eksponowane metalowe dźwigary i inne gołe elementy konstrukcyjne nadające tej ścianie charakteru industrialnej instalacji sprawiają, że wchodzenie do Galerii od stron. ul. Święty Marcin jest dużo bardziej uzasadnione estetycznie.





Poznaniacy chwalą sobie swobodę dostępu na taras widokowy, choć określenie widokowy jest chyba delikatnym nadużyciem. Wychylając się z palucha można poczuć się co prawda jak Kate Winslet na Titanicu, ale zobaczymy raczej niewiele, chyba, że szczególnie upodobaliśmy sobie dachy widziane pod ostrym kątem i wieżę Zamku Przemysła. Nie wierzę, że jest takich osób szczególnie dużo.


Galeria MM - widok z tarasu.

Galeria MM - widok z tarasu.

Zostawmy już zewnętrzną formę i wnętrze Galerii w spokoju, są nieudane i basta. Co ciekawe w wymiarze zewnętrznym decydujący o porażce jest w moim mniemaniu standard detalu, kiedy we wnętrzu to detal jest czynnikiem ratującym przed kompletną estetyczną porażką. 

Sławne Studio ADS ma na swoim koncie inne naprawdę udane projekty (Stary Browar z nagrodą ICSC…), tym razem nie wyszło, może nowy budynek przerósł możliwości inwestora, tylko cóż może przerosnąć Atanera… Trudno powiedzieć co i kogo ostatecznie podkusiło, by dobić Galerię MM nieadekwatnym do prestiżu lokalizacji standardem wykończenia i dyskontowością oferty najemców. Nad tym aspektem Stacja Poznań Główny raczej nie powinna się rozwodzić, ale zgodzimy się z opinią Profesora UAM zajmującego się w pracy naukowej brandingiem, który stwierdził iż nie daje Galerii funkcjonującej w obecnym modelu handlowym więcej niż rok życia.

Jeżeli ktoś czuje się urażony nieprzyjazną wymową tego wpisu, to odsyłam go do wywiadu z Jerzym Gurawskim, architektem i wykładowcą Politechniki Poznańskiej, który niedawno w samych superlatywach wypowiadał się o Galerii MM – tam znajdzie się odrobina pocieszenia. Biorąc pod uwagę głośny pomysł Pana Profesora na burzenie domków budniczych na Starym Rynku, wydaje się, że dekonstruktywizm ma faktycznie we krwi…

 Jędrzej Franek