Get the flash player here: http://www.adobe.com/flashplayer

czwartek, 2 stycznia 2014

Stacja fotografuje - test aparatu Samsung NX300


Model NX300 to bezlusterkowiec ze średniej półki cenowej, bezpośrednio konkurujący między innymi z popularnym NEX-5 od Sony (w najnowszej wariacji oznaczonej literką R). W tym przypadku Samsung zdecydował, że postawi na nowoczesną interpretację stylistyki retro i rozwinięcie funkcji smart-camera, z którymi utożsamiane są aparaty tego producenta.

1. Design / Jakość wykonania


Prawie każdy producent aparatów ma w swoim portfolio model nawiązujący estetycznie do sprzętu retro z połowy wieku. Nie zawsze są to puszki ładne i przede wszystkim funkcjonalne tak jak to miało miejsce w przypadku ich przodków, ale Samsung poszedł nieco inną drogą i zaprezentował swoją interpretację tej mody. To oczywiście kwestia gustu, ale myślę, że bryła NX300 może się podobać, nie udaje na pewno czegoś czym nie jest. To zwarta i solidna konstrukcja wykonana w większości z plastiku i skóropodobnego tworzywa na przednim panelu - metalowa jest natomiast górna część aparatu z najważniejszymi przełącznikami. Testowaliśmy białą wersję kolorystyczną, która prezentuje się chyba najmniej ciekawie ze wszystkich - bardziej przypadły mi do gustu modele czarny i brązowy. Aparat posiada również odchylany i dotykowy ekran AMOLED o sporej przekątnej, bo aż 3,3''. Lampa błyskowa to konstrukcja zewnętrzna podłączana do stopki hot-shoe - takie rozwiązanie ma swoje wady i zalety, bo może nam się zdarzyć zapomnieć zabrać jej ze sobą, ale z kolei jeżeli nie potrzebujemy dodatkowego oświetlenia nie musimy psuć spójnej bryły aparatu obecnością tego peryferium.

2. Zdjęcia / Video

Matryca 20,3 megapikseli wielkości APS-C produkuje jeden z najlepszych obrazów w segmencie bezlusterkowców o czym świadczą wyniki uzyskane przez ten sensor w testach DxOMark. Poziom szczegółów i reprodukcja kolorów stoją na bardzo dobrym poziomie, a należy pamiętać, że nie testowaliśmy aparatu z topowymi szkłami systemu NX. Bardziej zaawansowani użytkownicy będą zadowoleni z możliwości zapisu zdjęć w formacie RAW, który zostawia szerokie pole do popisu w późniejszej obróbce, jednak nawet skompresowane pliki JPEG prezentują bardzo wysoki poziom przy zachowaniu zaskakująco niewielkiej wielkości plików. Wbudowane oprogramowanie aparatu umożliwia ponadto fotografowanie w kilku interesujących trybach tematycznych, tworzenie efektownych panoram i szybkie korygowanie wykonanych fotografii w zakresie poziomu kontrastu, ekspozycji, dodatkowego efektu winietowania itp. Możemy także fotografować w trybie selektywnego koloru. 

Ze względu na szybką migawkę (od 1/6000 s) aparat dobrze sprawuje się podczas fotografowania dynamicznych scen - wyścigi, sport, szybko raczkujące niemowlęta:)

Bezlusterkowca należy pochwalić także za pracę na wyższych czułościach ISO (w moim odczuciu używalna jest czułość do 3200, przy czym do ISO 1600 jest naprawdę bardzo dobrze pod względem szczegółów i poziom szumu jest również niski). Zwykle jednak, zwłaszcza w przypadku bardziej statycznej fotografii, czyli takiej którą Stacja najczęściej się zajmuje w ogóle nie trzeba się martwić wyższą czułością i manipulować jedynie szybkością migawki - bardzo dobrze sprawuje się optyczna stabilizacja obiektywu. Nie raz byłem zaskoczony jak dużo można podczas obróbki wyciągnąć ze zdjęć nawet poważnie niedoświetlonych. 

Nie gorzej aparat radzi sobie z filmowaniem - nagramy materiał w jakości Full HD 1080p z możliwością sterowania wartościami przysłony, migawki i ISO w czasie nagrywania.

3. Obsługa

Sporo funkcji obsłużymy z poziomu przycisków na korpusie na którym to zazwyczaj mamy całkiem komfortowy chwyt mimo raczej casualowego gripu. Przeszkadzają tylko nieco zaczepy do paska, ale da się wypracować komfortowe i efektywne ułożenie palców na obudowie, by mieć dostęp do wszystkich niezbędnych przycisków.

Często to co obsłużymy zagłębiając się w menu przy pomocy tylnego krzyżaka będziemy mogli w przypadku NX300 zrobić za pomocą dotyku. Zarówno ostrzenie przy pomocy palca jak i nawigacja po menu nie nastręcza żadnych problemów i ekran jest wystarczająco czuły a ekranowe "przyciski" nigdy nie wydają się być zbyt małe. Wygodne jest także znane wszystkim użytkownikom smartfonów przybliżanie wykonanych zdjęć poprzez "szczypanie ekranu" (pinch to zoom).

Warto zauważyć również, że testowany obiektyw wyposażony jest w przycisk iFn, który umożliwia łatwy dostęp do często używanych funkcji, które zazwyczaj mogą być ukryte w aparacie pod kilkoma dodatkowymi kliknięciami (parametry przysłony, migawki i czułości ISO)

W przypadku manualnego ostrzenia bardzo przydatna jest funkcja focus-peeking zaznaczająca ostre obszary na wybrany kolor.

4. Dodatkowe funkcje

NX300 nie jest smartfonem wśród aparatów - taką rolę w systemie NX spełnia najnowszy Galaxy, jednak testowany bezlusterkowiec wyróżnia się bardzo przyjaznym podejściem do mediów społecznościowych czy internetowych chmur oraz mobilnych aplikacji. 

Bez problemu obsłużymy podstawowe funkcje aparatu nawet ze sporej odległości za pomocą smartfonowej aplikacji Samsung Smart Camera. Urządzenia bez problemu się ze sobą parują i możemy chociażby przejąć pełną kontrolę nad grupowymi zdjęciami - na pewno na nich nas nie zabraknie. Tak samo łatwe jest automatyczne zgrywanie zdjęć z aparatu w pełnej rozdzielczości bezpośrednio do pamięci smartfona w celu ich obróbki za pomocą naszych ulubionych aplikacji fotograficznych.

Z poziomu aparatu wrzucimy zdjęcia także na Facebooka, Picasę czy też do chmury SkyDrive.

5. Specyfikacja




6. Ocena


Tak naprawdę jedyną rzeczą, która nie podoba mi się w testowanym Samsungu jest... Kolor. To lekki i naprawdę kompaktowy sprzęt dający duże możliwości fotografowania bez względu na nasze preferencje. Tradycjonaliści i esteci polubią design, natomiast fani nietypowego, aczkolwiek wygodnego sposobu obsługi aparatu będą zadowoleni z możliwości jakie daje duży dotykowy ekran. Każdy natomiast doceni solidną jakość zdjęć i filmów, które zapiszą na karcie pamięci, oraz stopień rozwoju systemu NX i mam tutaj głównie na myśli bogatą ofertę świetnych obiektywów.

Wartość zestawu, który otrzymujemy w pudełku po zakupie podbija obecność programu Adobe Lightroom 4.1 (aktualizowanego do wersji 4.4), czyli jednego z najlepszych programów do edycji foto i organizowania kolekcji zdjęć. 


Jędrzej Franek






Strona producenta: http://www.samsung.com/pl/promocjanx/nx300/

wtorek, 31 grudnia 2013

Dwa miesiące z bezlusterkowcami Samsung NX


Dwumiesięczne intensywne testy dwóch bezlusterkowców firmy Samsung, które otrzymaliśmy od polskiego oddziału tej firmy pozwoliły zapoznać się ze sprzętem bardziej niż podczas standardowej procedury sprawdzania możliwości urządzeń w wielu redakcjach portali i blogów technologicznych w Polsce i na świecie. Samsungi NX20 i NX300 wyposażone w w kitowe obiektywy 18-55 mm znamy już na wylot - jakie są nasze wrażenia?

Bardzo dobre. Nie jest to wcale ukłon w kierunku producenta, który wykonał w stosunku do nas bardzo przyjazny gest wyposażając część naszej ekipy długookresowo we flagowy sprzęt. Bezlusterkowce to aparaty przeznaczone dla dwóch typów ludzi, których łączy niechęć do dużych rozmiarów i wagi oraz umiłowanie wysokiej jakości fotografii - jedni z nich korzystają do czasu zwrotu w kierunku bezlusterkowców z aparatów kompaktowych a drudzy z lustrzanek.

Ci pierwsi zazwyczaj nigdy nie powrócą do korzeni i matryc formatu 1/2,33'', w które wyposażona jest większość kompaktów, ci drudzy mogą potrzebować mniejszej i lżejszej alternatywy dla ich profesjonalnego lustra.

Jak szybko rozwija się ten segment sprzętu fotograficznego najłatwiej zauważyć obserwując wyniki surowego benchmarku dla matryc, swoistej wyroczni dla wielu foto-geeków; mówię tu oczywiście o DxOMark. Miejsca w pierwszej dziesiątce (2. i 8.) zajmują tam dwa bezlusterkowce firmy Sony - jedyne pełnoklatkowe (format 35mm) konstrukcje bez lustra i z wymienną optyką oraz autofocusem na rynku.

Producent, który nie ma w ofercie porządnych bezlusterkowców w formacie APS-C skazuje się w moim mniemaniu na porażkę komercyjną, bez względu na to czy będzie to śmierć błyskawiczna czy powolne dogorywanie - na tę chorobę bez wątpienia zapadły dwie firmy i to giganci segmentu DSLR, czyli lustrzanek cyfrowych - Nikon oraz Canon. Bezlusterkowce, które oferują te słynne firmy znacząco odbiegają pod względem osiągów od konstrukcji innych firm, które zauważyły potencjał aparatów bez lustra. To bardzo krótkowzroczna postawa - o ile profesjonaliści raczej nie zwrócą się w kierunku nowego typu sprzętu pozostając przy swoich pełnoklatkowych lub średnioformatowych lustrzankach, których cena często sięga kilkudziesięciu tysięcy złotych. Amatorzy i entuzjaści fotografii natomiast, czyli osoby które stanowią większość potencjalnych nabywców sprzętu coraz częściej wybierają bezlusterkowce.

Najczęściej podkreślaną zaletą aparatów tego typu jest ich ambitna kompromisowość. Nie są pomostem pomiędzy kompaktami a lustrzankami - w tym momencie stały się już realną alternatywą dla tych ostatnich. Są mniejsze, lżejsze, często bardziej szybkostrzelne (oba testowane aparaty NX robią w pełnej rozdzielczości 8,6 klatki na sekundę). Najważniejsze jest jednak to, na co zwraca uwagę na pierwszym miejscu większość miłośników fotografii, czyli jakość zdjęć. Żeby doświadczyć zauważalnie lepszej jakości w uśrednionych warunkach musimy przesiąść się na pełną klatkę, a to, w wypadku kiedy mówimy o nowym sprzęcie, wydatek minimum 6,5 tysiąca złotych na sam korpus.

Żeby osiągnąć sukces w tym segmencie należy dysponować zróżnicowaną paletą korpusów i bogatą ofertą dobrych obiektywów. Tę prawidłowość doskonale rozumie Samsung, dlatego zarówno body, które produkują Koreańczycy jak i szkła uznawane są w swoich kategoriach za jedne z najlepszych. 

Obydwa testowane przez nas aparaty wyposażone są w matryce APS-C (rozmiar 15.7 x 23.5 mm) o rozdzielczości 20,3 megapikseli.. Do tej pory mogliśmy testować je ze standardowymi obiektywami typu zoom o zakresie ogniskowych 18-55 mm. Nie jest to z pewnością jedno ze szkieł, które świadczy o legendzie Samsunga jako producenta świetnych optycznie i jednocześnie niedrogich i jasnych obiektywów - to typowy obiektyw uniwersalny, od którego można zacząć przygodę z wymienną optyką i nie zrazić się do tego typu aparatów. 

Czym się różnią te dwa Samsungi? Pod względem wyglądu wszystkim. NX20 przypomina pomniejszoną lustrzankę i oferuje podobną ergonomię i charakterystykę obsługi (w tym wizjer elektroniczny). NX300 to aparat bardziej casualowy, utrzymany w udanie zaadaptowanej przez designerów stylistyce retro, wyposażony jest też w duży dotykowy ekran, który usprawnia obsługę i zapewnia dodatkowe specyficzne funkcje.




Już jutro, czyli w Nowym Roku, opiszę szczegółowo nasze wrażenia z obcowania z oboma aparatami, podkreślając różnice pomiędzy tymi korpusami. Będziecie także mieli okazję zobaczyć w oddzielnej galerii kadry uwiecznione za ich pomocą.


Jędrzej Franek

środa, 20 listopada 2013

5 z 12 / 8. Biennale Fotografii


Trudno byłoby wyobrazić sobie świat bez fotografii. Jesteśmy przyzwyczajeni do codziennej obecności obrazu i nie zastanawiamy się zbyt często jak wiele fotografia zmieniła w ludzkim postrzeganiu świata. Fotografia po prostu jest.

8. Biennale Fotografii  mówi o miłości, fascynacji i pełnym pasji podejściu do sztuki.  Każda z edycji wskazuje istotne problemy, ukazując zmianę w myśleniu o fotografii. Jest to również okazja, by skierować uwagę widzów na twórców mniej znanych, ale interesujących, którzy wnoszą nowe widzenie rzeczywistości. Pierwsze wernisaże wystaw tegorocznego Biennale odbyły się w piątkowy wieczór w Centrum Kultury Zamek i Galerii Miejskiej Arsenał. Każdy z zaproszonych do współpracy kuratorów w odmienny sposób przedstawił zaproponowane hasło: pasja fotografii. 

Dagerotypia, cyjanotypia, mokry kolodion. Kuratorzy wystawy Jarosław Klupś i Marek Noniewicz zaprosili do współpracy artystów w większości posługujących się metodami opartymi na XIX-wiecznych procesach fotograficznego obrazowania. "Stan Rzeczy" to starannie przygotowana wystawa ukazująca pracę m.in. Jessiki Ferguson,  France Scully Osterman czy Pawła Kuli.  Trzeba przyznać, że dopiero świadomy procesów i technik wykorzystywanych przy tworzeniu zaprezentowanych fotografii odbiorca jest wstanie w pełni docenić i zrozumieć przedstawione podczas wystawy prace. Stworzenie ich wymaga nie tylko rozległej wiedzy, ale też cierpliwości przy próbie zobrazowania nawet najbardziej codziennych widoków.

Opuszczając wystawę, gdzie wiedza na temat fotografii ma kluczowe znaczenie trafimy do sali, w której jakikolwiek kunszt nie ma już znaczenia. Wystawa "Na własny użytek" z racji poruszania wątków erotycznych jest wystawą przeznaczoną dla widzów dorosłych. Stąd przed wejściem każdy zobowiązany jest do zapoznania się i podpisana regulaminu. Poświadczając tym samym nie tylko swoją pełnoletniość, jak również zgadzając się z zakazem fotografowania i przyjmując do wiadomości informację o erotycznych i homoseksualnych treściach zaprezentowanych na wystawie.

Kurator wystawy Karol Radziszewski ukazał fotografie jako źródło rozkoszy poznawczych jak i czysto fizycznych. Podjął się zdefiniowania tzw. zbieraczy ciał, owładniętych pasją gromadzenia i ciągłych poszukiwań. W dwóch pomieszczeniach zaprezentował kolekcje bardzo prywatne, tworzone - jak wskazuje tytuł wystawy - wyłącznie na własny użytek. Przy roznegliżowanych fotografiach z minionej epoki widniało zdanie głoszące, że robienie sobie gołych zdjęć niesie w sobie nadzieje. Wystawa trafnie ukazuje pewne tendencje współczesnego społeczeństwa. Jak choćby tę do kolekcjonowania obrazów znalezionych w Internecie i tworzenia bardzo spersonalizowanych  kolekcji. Z drugiej strony można było odnieść wrażenie, że wspomnianej nadziei jest za dużo, a widz chwilami próbując zrozumieć fenomen kolekcjonerów-dziwaków mógł czuć się przesycony obecną erotyką.

W Centrum Kultury Zamek zobaczymy także zbiór prac Jakuba Karwowskiego. "Rysa" stanowi opowiadanie. Jego bohaterem jest Fryderyk, syn autora wystawy i laureata Grand Prix Photo Diploma sprzed 2 lat. Pan Jakub koncentruje się przede wszystkim na emocjach i obserwacji najbliższego otoczenia. W swojej narracji fotograficznej ujawnia fascynację estetyką filmu, malarstwa i muzyki.

Trzecie piętro Zamku kryje wystawę ukazującą zbiór międzywojennych zdjęć przyrodniczych Wiesława Rakowskiego. Kurator wystawy Michał Sita wyeksponował sfotografowane przez poznańskiego paleontologa, zoologa i kustosza Muzeum Przyrodniczego eksponaty pochodzące z wykopalisk, wypraw podróżniczych i poznańskiego ogrodu zoologicznego. "Wiesław Rakowski Archiwum Zoologiczne" pozwala nie tylko odpocząć oczom od erotycznych uniesień, ale również zastanowić się nad sposobem wyjaśniania świata natury.

Opuszczając Centrum Kultury Zamek przeniosłam się na wystawę "2m² Mody" do pobliskiej Galerii Siłownia. Debiutujący w roli kuratora Paweł Żukowski każdemu z czternastu zaproszonych do wystawy artystów oddał dwa metry kwadratowe ściany galerii do zaprezentowania swoich projektów. Od samego wejścia mój wzrok przykuł portret Anji Rubik autorstwa Karola Grygoruka. Zdjęcie przedstawiające modelkę w kurtce footballowej drużyny Oakland Raiders  ukazuje Anję Rubik jako gwiazdę, której wizerunek w formie plakatu można zawiesić w pokoju nad łóżkiem. Do koncepcji Karola Grygoruka może nawiązywać również tekst piosenki zespołu The Carpenters – Superstar wypisanego na ramie fotografii. Na ścianie poznańskiej galerii swoje prace zaprezentowali m.in Adam Pluciński, Łukasz Ziętek, Sebastian Cviq, Agata Pospieszyńska czy Magda Ławniczak.

Miłość do fotografii przybiera najróżniejsze kształty, a sama fotografia jest rzeczywistością na tyle szybko zmieniającą się i dotykającą tak różnych problemów, że każda kolejna edycja Biennale formuje i odkrywa ją na nowo.  W pierwszych dniach Biennale zobaczyłam pięć wystaw.  Jednak bez większego zastanowienia zachęcam do wybrania się na każdą z przygotowanych ekspozycji. W końcu kolejne biennale fotografii dopiero za dwa lata. 


Agata Śliwińska

piątek, 4 października 2013

MANHATTAN SHORT Film Festival


MANHATTAN SHORT Film Festival to nowojorski,  międzynarodowy i największy na świecie festiwal filmów krótkometrażowych. Poznański pokaz, którego współorganizatorem była Fundacja Ad Arte odbył się 2 października w kinie Rialto.

Mimo, że był to środek tygodnia, a termometr wskazywał niewiele ponad 3 stopnie, kino zapełniło się widzami.  Przed rozpoczęciem seansu każdy otrzymał kartę do głosowania dzięki czemu publiczność festiwalu mogła oddać swój głos na jeden z dziesięciu finałowych filmów, a także najlepszego aktora festiwalu.

MSFF ugościł swoich widzów różnorodnością wzbudzając w publiczności skrajne emocje. Trzymał w napięciu podczas oglądania filmu Friday, w którym Seb Edwards ukazał historię młodego mężczyzny próbującego pogodzić się z utratą matki w rok po zamachu terrorystycznym w Londynie. Bawił,  podczas emisji australijskiego #30 , francuskiego No Comment czy Do I Have to Take Care Of Everything? przedstawiającego niefortunny i chaotyczny poranek pewnej rodziny.





Nicholas Mason, założyciel i dyrektor festiwalu  zauważył, że celem Manhattan Short Film Festival jest nie tylko odkrycie i promowanie nowych talentów, ale przede wszystkim łączenie społeczności za pośrednictwem opowieści z całego świata. Wśród tegorocznych finalistów znalazły się obrazy z Australii, Finlandii, Francji, Irlandii, Wielkiej Brytanii i USA.

Jednym ze zwycięskich tytułów był przejmujący obraz  Pale of Settlement. Reżyser amerykańskiego pochodzenia, 22- letni Jacob Sillman opowiedział widzom historię 10-letniego żydowskiego chłopca imieniem Moische, uciekającego przed przymusowym wcieleniem do rosyjskiej armii podczas wojny na Krymie. Inspiracją do stworzenia filmu stała się opowieść matki Jacoba o jego pradziadku uciekającym przed poborem do armii podczas rosyjskiej wojny domowej. 




Niebanalną i ponadczasową historię miłosną, która skradła niejedno serce przedstawiono w Kizmet Diner. Autor Mark Nunneley za pomocą obrazu udowodnił, że prawdziwa miłość nie potrzebuje wielu słów, a w zwykłej jadłodajni mogą dziać się rzeczy magiczne

Po raz kolejny stali widzownie mieli okazję obejrzeć poklatkową sentymentalną animację  Irish Folk Furniture wyświetlaną choćby podczas tegorocznej edycji Future Shorts Summer Season w kinie Rialto. To ciepły i urzekający film o tym jak zniszczone i zapomniane meble wracają w nowej odsłonie pod pierwotny adres. Inną animacją podczas tegorocznej edycji MSFF jest Faces from Places. Francuz, Bastien Dubois w 9 minutowym filmie ukazuje portret Moskwy, Pakistanu i Quebecu widziany oczyma podróżującego rysownika.  Genialny portret społeczeństwa przedstawił widzom Ken Urban. W  filmie I Am Big Ball of Sadness pokazał co tak naprawdę chcemy powiedzieć prowadząc niezobowiązującą pogawędkę. 



Wiele emocji podczas festiwalu wzbudził także dramat  Black Metal.  Amerykanin Kat Candler najpierw zabrał widza na koncert black metalowego zespołu by po chwili ukazać miejsce brutalnej zbrodni jakiej w imię wspomnianej muzyki dokonał nastolatek. Film stara się wskazać różnicę między wizerunkiem artysty na scenie i jego życiem poza nią. Pokazuje jak trzydziestoletni muzyk, mąż i ojciec zmaga się z poczuciem winy za tragiczne i bezsensowne morderstwo zainspirowane jego muzyką.


Do końca tygodnia produkcje zostaną wyświetlone w ponad 300 miastach na sześciu kontynentach i ocenione przez widzów zebranych w kinach, galeriach czy na uniwersytetach. Ta chwilowa uroczystość przynosi nie tylko wspaniałe szorty, ale jednoczy publiczność na całym świecie pozwalając wybrać swój ulubiony film. One World One Week One Festival. Z niecierpliwością czekamy na kolejną edycję. 

Agata Śliwińska


czwartek, 3 października 2013

Artysta w laboratorium rzeczywistości. Wystawa „Rzeczy wspólne” w Art Stations Foundations.

fot. Anna Kubicka

Po raz pierwszy od dłuższego czasu wybrałam się na wystawę bez jakiegokolwiek wyobrażenia na jej temat, co po części spowodowane było tym, że pojawiłam się w galerii trochę przy okazji. Oczywiście słyszałam, że kluczem jest tu odwołanie do twórczości Georgesa Pereca, którą na polskim gruncie postanowiło ostatnio z powodzeniem odświeżyć i przybliżyć nowym czytelnikom wydawnictwo Lokator (na marginesie – ascetyczna identyfikacja graficzna serii doskonale wpisuje się w klimat poznańskiej wystawy). Jeżeli nie wiecie jeszcze czym smakuje pisarstwo Pereca to serdecznie polecam Wam zacząć przygodę z francuskim pisarzem, urodzonym w rodzinie polskich Żydów, od dwóch krótkich, prozatorskich utworów Człowiek, który śpi i Rzeczy – historia z lat sześćdziesiątych.

Pomimo tego, że Pereca cenię początkowo postanowiłam nie sugerować się indywidualnymi  wrażeniami z lektury. Nie zapoznałam się także z materiałami prasowymi na temat samej ekspozycji i nie miałam pojęcia, że powstała ona we współpracy Art Stations Foundation z Galerią Stereo, która opuściła Poznań i od września działa na Żelaznej w Warszawie. Jeden rzut oka na aranżację i prace zgromadzone na poziomie 0 wystarczył, żeby pomyśleć właśnie o Stereo. Z kolei znamienny tytuł, wskazujący na zagadnienie uniwersalności niektórych stanów doświadczania przez ludzi rzeczywistości, dotyczy także samych dzieł sztuki, które na co dzień rozproszone w różnych kolekcjach na czas trwania wystawy znalazły się w jednym miejscu właśnie w przestrzeni galerii.

fot. Anna Kubicka

Z Pereca, a dokładniej ze zbioru Urodziłem się. Eseje, wyciągnięto kluczowe kategorie, które miałyby w jakiś sposób stanowić komentarz, czy raczej swego rodzaju instrukcję obsługi dzieł. Poszukiwanie niezwykłości zawartej w takich stanach jak banalność, codzienność czy zwyczajność zdeterminowało nie tylko medium, ale do pewnego stopnia także i treść. Przypadkowo uchwycone szmery i powidoki, czy wręcz dosłowny rozkład przedmiotów na pojedyncze moduły stanowią warsztat badawczy artystów poddających refleksji doświadczenie rzeczywistości. Z powodzeniem można zaobserwować to w pracach Wojciecha Bąkowskiego – zwłaszcza w Wyświetlaniu widzenia będącego po prostu projekcją procesu widzenia, video-realizacjach Igora Krenza dokumentujących proste stany pojawiania się i znikania przedmiotów lub w obiekcie „Nie za daleko” Gizeli Mickiewicz. Ta ostatnia praca, czyli taboret rozmontowany i złożony na nowo z uwzględnieniem szczelin, pozwalających wniknąć w istotę taboretowości, chyba najbardziej odzwierciedla ideę determinującą wystawę. Ideą tą jest, obecna w twórczości autora książki Życie – instrukcja obsługi, procedura polegająca fragmentacji doświadczenia codzienności i konstruowanie go na nowo w sposób zaskakujący i podważający banalność. Tym, samym przestrzeń galerii stała się rodzajem laboratorium, w którym na nowo usiłuje się wynaleźć codzienność. Nie do wszystkich dzieł znalazłam jednak klucz i niektóre cały czas stanowią dla mnie obszary nieodkryte (to taki zgrabny eufemizm, żeby nie powiedzieć, że ich po prostu nie zrozumiałam).

fot. Anna Kubicka

fot. Anna Kubicka

fot. Anna Kubicka

fot. Anna Kubicka

Nie mogłam się także powstrzymać przed porównaniem tej wystawy z dwiema poprzednimi jakie miały miejsce w ASF w tym roku. Zarówno Performer jak i Organizm uwodziły – każda na swój sposób i skłoniły mnie do kilkukrotnego odwiedzenia galerii z gotowością do reinterpretacji i ponownego odkrywania. „Rzeczy wspólne” przez połączenie ascezy formalnej z nieco sztucznie w mojej opinii rozbudowanym kontekstem literackim nie do końca mnie przekonały. A może po prostu zabrakło mi czasu na zrozumienie tej relacji, dlatego też chętnie pojawię się na najbliższym oprowadzeniu kuratorskim 19 października, które poprowadzi Michał Lasota, a które polecam i Wam. Wtedy mam nadzieję zdecyduję ostatecznie –  czy chodzić na wystawy sztuki współczesnej, czy może lepiej odpuścić i poczytać Pereca.

Monika Kaczmarek

________________

Z mojej strony jedynie mały komentarz. 
Mimo tego, że uczestniczyłem w oprowadzaniu kuratorskim przed wernisażem wystawy i również starałem się zbadać jej motywy, korzenie i odwołania, patrząc na Rzeczy wspólne zapewne bardziej laickim okiem niż Monika miałem z nimi problem. W moim odczuciu odbiorca pierwotny, nieprzygotowany celująco musi się borykać z całą gamą umowności, która oczywiście na różnych poziomach jest wyznacznikiem sztuki nowoczesnej, ale oczekując urzekającego formalnego bogactwa, na które byłem wystawiany w ostatnich miesiącach w przypadku poprzednich wystaw w Art Stations, tutaj podświadomie oczekiwałem jednak czegoś innego. Wysokokontekstowość działa tym razem na niekorzyść egalitarności, które charakteryzowały poprzednie wystawy. Może jednak to powinno nas skłonić do poddania się wielokrotnej ekspozycji na nią i przemeblowania swojego postrzegania podzwyczajności? Każdy sam musi odpowiedzieć sobie na to pytanie i odczuć Rzeczy wspólne na własnym ciele.

Jędrzej Franek

Wystawa „Rzeczy wspólne”, 20.09. – 31.12.2013, galeria Art Stations, Stary Browar, Poznań.

Oprowadzenie kuratorskie po wystawie 19. 10. Prowadzenie: Michał Lasota. 


środa, 2 października 2013

Miejscownik #2

La Ruina / ul. Śródka 3



To cudownie, że w Poznaniu rozwijają się inicjatywy nie tylko w ścisłym centrum miasta. La Ruina na Śródce jest właśnie takim lokalem skupiającym okolicznych mieszkańców. Fajne wnętrze dobre kakao i niezłe ciasta – tyle na  plus. Niestety nie odwiedzę więcej Ruiny. Zbyt natarczywa obsługa odstraszy każdego introwertyka a więc i mnie. Nie lubię wmuszania mi zamówienia, nadmiernej gadki ze strony personelu, a także udawanego hipsterstwa. To nie mój styl, przykro mi. /Sandra
_______________

Lokal, z którym mamy pewien problem, choć nie mamy wątpliwości co do tego, że dobrze się stało, że powstał i to właśnie na Śródce. Być może jego obecność jest najskuteczniejszym i to oddolnym zabiegiem dla tego niezwykle barwnego osiedla, które ostatnimi czasy nie cieszyło się zbyt dobrą sławą, ani passą. La Ruina jest interesująca i interkulturowa (także jeżeli chodzi o wystrój), chaos tu panujący nie przekracza granicy, od której moglibyśmy mówić o bałaganie, lecz panuje tam wizualny kreatywny nieporządek). Słyną ze smacznych domowych ciast, szerokiego wyboru dobrych kaw i... ciętego języka w komunikacji w mediach społecznościowych. Można to traktować jako chęć pozostawania w bliskiej zażyłości z klientami, jednak chyba nie każdemu musi pasować taka forma interakcji. W lokalu rusza mikro-kino, które na zdjęciach prezentuje się cudownie, a właściciele eksponują swoje działania charytatywne i promują tego typu postawę. Załodze La Ruiny nie można odmówić tego, że kipią pozytywną energią i to przyciąga na Śródkę wiele osób, które montują tam bardzo cyganeryjny fyrtel. Ludzki wymiar biznesu i rewitalizacja przezeń przestrzeni miejskiej (zwłaszcza w duchowym wymiarze) - w tym wypadku mamy do czynienia z bardzo dobrym przykładem. Co mi się więc nie podoba?
Może jestem smutasem - dwudziestokilkulatkiem, który zestarzał się przedwcześnie, lub też nie biczując się już zanadto, jestem człowiekiem o nieco mniej 'ekspansywnej mentalności' i tego czego zazwyczaj oczekuję od wizyty w lokalu, nawet takiego, który można nazwać lifestylowym i miastotwórczym to relaks i odrobina anonimowości lub też komunikacji, w której to ja jestem inicjatorem, czy też ściślej podmiotem, który ją kontroluje i decyduje o stopniu zażyłości z personelem. Nie chcę czuć się w lokalu niezręcznie - to takie klasyczne, może nieco wiktoriańskie wręcz zasady kierujące relacjami w handlu i usługach, o których w pewnych momentach można by sobie przypomnieć. Być może w tym momencie załoga lokalu uzna mnie za człowieka z XX-lecia międzywojennego , którym nie należy się przejmować, ale może też stwierdzi, że czasem warto dostosować się do klienta, obserwować go, wyczuć i reagować nie doprowadzając do tego, że poczuje się skrępowany i zniechęcony jakąś manierą. Chyba o to w tym wszystkim chodzi - żeby klient czuł się zadowolony, prawda?
Rozpisałem się aż tak bardzo o emocjach i relacjach międzyludzkich tylko dlatego, że uważam La Ruinę za lokal naprawdę ciekawy, trafiony i potrzebny - nie inaczej. /Jędrzej



Ciastkarnia / ul. Krysiewicza 6



Szalony sen Katy Perry ziścił się w Poznaniu. Słodka ciastkarnia różowa do szpiku cegły nie pozwoli Wam przejść obojętnie. Wnętrze w pierwszej chwili osoby o słabych nerwach może troszeczkę przerazić. Mnie osobiście przekonało podwórko pełne prania i zabawek, doskonałe dla rodzin z małymi dziećmi. Szeroki wybór wypieków zadowoli nawet największego smakosza. Dodam do tego miłą obsługę, sympatyczną atmosferę, wspaniały neon oraz ceny na każdą kieszeń i mamy kawiarnię na piątkę z plusem. /Sandra
 _______________

Wiele razy przechodziłem obok tego lokalu, moją uwagę przykuwał uroczy neon i bijący z witryny klimat sklepu ze słodkościami rodem z amerykańskiego snu lat 50-tych. Nie wiedziałem nawet, że w środku jest coś więcej niż cukiernia, dużo więcej. Ciastkarnia to realizacja kompletnej idei, którą można pokochać lub znienawidzić. To czego nikt (bez względu na postawę, ktorą przyjmie wobec tego lokalu), nie odmówi Ciastkarni to rzetelna dbałość o realizację pewnej koncepcji - przemiłej kawiarenki dla rodzin, która nie wstydzi się swojej lokalizacji w nieco obdrapanym fyrtlu, a próbuje go pozytywnie adaptować. Żeby zrozumieć o czym mówię wystarczy na własne oczy zobaczyć jak urządzono ogródek Ciastkarni i jak koresponduje on z otoczeniem - moim zdaniem jest to magiczne. Co jeszcze? Miła, pomocna obsługa i zawsze świeże słodkości w dobrych cenach. Czego chcieć więcej?
/Jędrzej

Świetlica /ul. Święty Marcin 80/82


Miłośników kawy oraz bardziej stonowanych wnętrz zapraszam do Świetlicy w ukochanym Centrum Kultury. Skórzane fotele i inne dizajnerskie meble robią wrażenie. Ten fragment Zamku będący hołdem nowoczesności doskonale łączy teraźniejszość z przeszłością. Wpadające promienie słońca przez szklane zadaszenie powodują przyjemną grę światłocienia. To wszystko sprawia, że Świetlica jest bardzo subtelnym miejscem. Osobiście polecam herbaty i kanapki. Nie spodziewajcie się jednak cen na studencką kieszeń. Jesteśmy w centrum nie tylko miasta, ale  i kultury J


Po kawie warto się wybrać do Bookowskiego i poszukać lektury na długie jesienne wieczory. /Sandra
________________

Każdy kto porozmawia ze mną o architekturze przekona się, że nie jestem z pewnością miłośnikiem postmodernizmu w jego najbardziej wybujałych założeniach formalnych czy ideologicznych. Pochodząc do kluczowego akcentu zmodernizowanego wnętrza Zamku bez uprzedzeń, muszę bez specjalnego przymuszania stwierdzić, że Toya Design wykonała całkiem dobrą robotę, choć obawiam się jak to wnętrze będzie się starzeć. Na razie ogromny świetlik robi równie ogromne wrażenie, wspaniale modulując oświetlenie bez względu na aurę. Wypijemy tu niezłą kawę, zjemy deser (niestety zamówiony któregoś razu Crème brûlée nie zrobił na mnie dobrego wrażenia i zapamiętałem to) i w przyjemnej atmosferze poczekamy np. na seans w Kinie Pałacowym. Tak naprawdę jednak jest coś nieszczerego w koncepcie tego lokalu. Nie przyczepię się do części znajdującej się na antresoli, wszystko co 'złe' znajduje się w cofniętej części atrium. Nie wiem kto wpadł na pomysł stadnego umieszczenia tam imitacji (inspiracji, podróbki, repliki - zwał jak zwał) legendarnego fotela Barcelona zaprojektowanego przez Ludwiga Miesa van der Rohe - już chociażby przez szacunek dla tego ponadczasowego wzoru dekorator powinien zaniechać stawiania go w roli mebla kontraktowego (niczym z poczekalni na lotnisku), którym to nigdy nie miał się stać. Nawet jeżeli nie personalny smak miałby o takim wyborze decydować, to powinny przeważyć względy ergonomii - niezwykle niskie ławy ustawione pomiędzy fotelami, w których człowiek głęboko się zapada sprawiają, że w tej części świetlicy trudno zająć wygodną pozycję wypoczynkową, nie mówiąc już o komfortowym spożyciu czegokolwiek bez zduszania sobie narządów wewnętrznych.

Nie chcę być jednak dla Świetlicy zbyt surowy, bo to dzięki temu lokalowi i sąsiadującej z nim księgarni Bookowski (obok Bookarestu mojej ulubionej w Poznaniu) w CK Zamek znów pojawiło się życie. /Jędrzej





wtorek, 17 września 2013

"Architektura - Zapis Idei"


Na Stacji ostatnio królują tematy okołoarchitektoniczne, ale zapewniam, że miłośnicy innych obszarów estetycznej, kulturalnej reprezentacji miasta już niedługo znajdą też coś dla siebie - intensywnie pracujemy nad tym, żeby nowa odsłona Stacji Poznań Główny była dla każdego i by uprzyjemniała Wam życie w naszym mieście.

Przechodząc do rzeczy: parę dni temu odwiedziłem jedną z odważniejszych wystaw w Poznaniu w ostatnim czasie. Jej odwaga nie polega jednak na tym co oferuje, gdyż wcale nie jest zaskakująca i domyślnie nie ma taka być. Definicyjne kontrowersje wzbudza natomiast sam jej kontekst, gdyż tym razem przedmiotem wystawienniczym jest to co zwykle jest samą otoczką i środowiskiem prawdziwej sztuki, a o takie miano architektura co do zasady wciąż walczy.


Motywem przewodnim wystawy jest wszystko to czym przypadkowy odbiorca architektury zwykle nie zaprząta sobie głowy, gdyż jest on podmiotem, który nierzadko całkowicie bezrefleksyjnie obcuje z samym efektem działania architektonicznego. Nasuwa się jednak pytanie, czy taki konsument, jest w ogóle adresatem owego przedsięwzięcia, biorąc pod uwagę zainteresowanie odwiedzających tą wystawą raczej nie. Mamy zatem ekspozycję idei i wszelkich konceptualizacji pomysłu architektonicznego, które poprzedzają często nie tylko samą realizację, ale i ostateczną wizualizację. Odbiorca napotyka w związku z tym na swojej drodze pewną określoną myśl: nie ma architektury bez refleksji, przesłania i przymiotników odnoszących się do sfery emocjonalnej. To bardzo optymistyczne, ale i nieprawdziwe, lecz świadomy odbiorca raczej zdaje sobie z tego sprawę. 

Zasadnicza zawartość ekspozycji to szkice, wizualizacje, makiety i fotografie oraz materiały multimedialne. Pod takim opisowym kątem być może nie prezentuje się to zbyt ciekawie i oryginalnie, ale diabeł tkwi w kompozycji. Ekspozycja jest bardzo strukturalna, podkreślająca wielowymiarowość projektowania jako procesu intelektualnego - można dostrzec tutaj dynamiczną złożoność jako próbę organizowania chaosu. Zwiedzając przejdziemy przez wiele faz tworzenia architektury od niemal samorzutnej próby kreślenia idei jeszcze przed stworzeniem jakiejkolwiek formy (zestaw konceptów Jerzego Gurawskiego), aż po finalne wizualizacje i często kompromisowe realizacje, które stają się efektem i punktem odniesienia do pierwotnych szkiców idei. Podstawowym problemem tworzenia architektonicznego ma być według zamysłu tej wystawy możliwość osadzenia pierwotnej myśli przewodniej twórcy projektu w końcowym produkcie i potencjale jego powszechnej recepcji: mnogość emocji, odniesień i doświadczeń, ale tylko jeden końcowy efekt.

Struktura wystawy ma wpływać na postrzeganie artystycznego wymiaru powstawania idei architektonicznej - to chyba udało się zrealizować, umożliwiając widzowi emocjonalne zagłębienie się w naturę tego procesu kreatywnego. Wrażenie zaprojektowania całej wystawy ucieszy z pewnością wybrednego widza udostępniając mu  mechanizmy i środki mające wartość zarówno estetyczną jak i użytkową.

Bardzo miły akcent tej wystawy bije od obecności na niej prac poznańskiego Studia Front Architects, które postanowiło obdarować zwiedzających porcją idei do samodzielnego montażu, a mianowicie koncepcją Single Hauz, czyli jak piszą autorzy koncepcji: 

swoisty mały manifest, to eksperymentalna propozycja domu/schronienia dla młodego/starego człowieka dzisiejszych czasów Świata Zachodu. Podstawowa komórka społeczna jaką nazywany jest związek małżeński dziś przestaje być jedynym modelem życia, przynajmniej na pewnym jego etapie. Single Hauz jako wolnostojąca jednostka mieszkalna przeznaczona dla 1 osoby wypełnia pewną próżnię na tym polu: brak takich propozycji dla tzw. “singli”. Sporą liczbę w tej grupie stanowią osoby młode, dobrze wykształcone, ambitne, energiczne i bardzo otwarte na świat.





Pobrać możemy arkusz papieru, z którego złożymy model tego projektu - jest to na pewno ciekawa kreacja promocyjna, ale także swoista próba rozpowszechnienia zapisu idei i zapoznania z nią przez bezpośrednie doświadczenie.

Ucieszył mnie także materiał video z wypowiedzią architektów studia Ultra Architects znanych z niebanalnych akcji ratujących poznański modernizm od pastelozy i deidealizacji - ciekawy jest cały obszar ekspozycji poświęcony ich działaniom.


Pomimo kilku uchybień realizacyjnych (nieuzasadniona kiepska jakość niektórych zdjęć, mało wygodny system oznaczania tytułów prac i ich autorów i bardzo skromny krytyczny materiał kuratorski, który mógłby ułatwić odbiór niektórych elementów ekspozycji, przez co stałaby się ona bardziej atrakcyjna nie tylko dla profesjonalnego widza) Architektura - Zapis Idei to wystawa, którą warto zobaczyć ze względu na jej unikalność ciekawie prezentującą się w zróżnicowanych wnętrzach Galerii Malarstwa i Rzeźby Muzeum Narodowego w Poznaniu. Odwiedzający ma szansę zapoznać się z warstwą twórczości architektów (silnie związanych zakresem swojej działalności z Poznaniem), która zazwyczaj pozostaje w cieniu treści przeznaczonych do masowej publikacji i dyskusji.

Na koniec jeszcze jedna uwaga, która pewnie nie będzie obca każdemu, kto miał okazje zwiedzać Muzeum Narodowe: czy panie opiekujące się wystawą muszą czaić się niczym cerbery na każdego kto próbuje zrobić zdjęcie choćby telefonem komórkowym? Zapewne to nie ich osobiste nastawienie (chociaż kto wie...), ale wytyczne kierownictwa każą im przybrać taką postawę, ale to naprawdę anachroniczne reguły - te kilka poglądowych zdjęć, które można by tam wykonać, w moim mniemaniu może tylko promować taką wystawę, a nie jej szkodzić. Ja natomiast nie musiałbym się tak konspirować ze smartfonem i narażać na nieostre fotorelacje...

Jędrzej Franek